PUBLICYSTYKA

Ach, te dawne kobiety...

No dobrze, to podobno mają być wspomnienia. Zatem wspominam. Ot, chociażby moją babkę. Zapamiętałem ją z kolejki przed jednym z jastrzębskich sklepów. Ile mogłem mieć wtedy lat? Dziesięć? Dwanaście? A ona ile? Zawsze była bardzo elegancka. Nawet gdy w grę wchodziło kilkugodzinne stanie do rzeźnika. Dusza towarzystwa. Taktowna. Wyróżniająca się na tle PRL-owskiej rzeczywistości. Kiedy prosiła o kilo żeberek, w jej ustach brzmiało to jak poezja. Jeśli malowała się, to tylko na specjalne okazje, a i to z godną podziwu wstrzemięźliwością, o której dzisiejsze kobiety mogą tylko pomarzyć. Czasami siadała ze mną przy stole, otwierała atlas i zabierała w podróż w nieznane. Potrafiła opowiadać jak mało kto. Mogłoby się wydawać, że była w tych wszystkich miejscach. W Afryce, w dolinie rzeki Lena (to na Syberii), Bóg wie jeszcze gdzie. A przy tym spełniała się jako gospodyni domowa. Nie jakaś tam „Perfekcyjna” Pani Domu. Po prostu potrafiła prowadzić dom. I znała się na tym.

Dzisiaj za to króluje niepodzielnie model bezbłędnej bizneswomen. Niezależnej, perfekcyjnej, takiej, co to udało się jej okiełznać wszystkie żywioły. Z powodzeniem prowadzi firmę, skacze ze spadochronem, owija sobie facetów wokół palca, tudzież ci ostatni jedzą jej z ręki jak oswojony tygrys bengalski. A one pną się do góry, nie zważając na otoczenie. Do tego obecne kanony „piękna”. Bo albo nasze krajanki wzuwają na nogi rachityczne szpilki, w których najzwyczajniej w świecie nie potrafią chodzić (w tym ich majestatycznym kroku więcej jest niepewności i przerażenia niż kobiecej dumy), albo zakładają kąpielowe klapki, prezentując wszem i wobec modę, którą można by określić mianem łazienkowo-basenowej. I dalej. Albo wyglądają jak anorektyczki, albo tłuszcz rozlewa się po wszystkich zakamarkach ich anatomii jak, nie przymierzając, fala kulminacyjna na Wiśle. Albo jedno, albo drugie. Same skrajności.

A kiedyś „modowe” podboje wymagały nie lada wirtuozerii i zabiegów. Moja matka po nędzny kawałek lepszego materiału musiała wyprawiać się aż do Bielska. Tudzież wydeptywać ścieżkę do sklepu na Wrzosowej, zdaje się – Merino. A to był dopiero początek drogi do wymarzonej garsonki czy żakietu. Następnie z takim materiałem trzeba było udać się do jednego z bloków na ulicy Wielkopolskiej, gdzie swój nieformalny zakład miała starsza zażywna pani, znana powszechnie nie jako Basia czy Kazia, ale właśnie jako krawcowa. Krawcowa to, krawcowa tamto. Kiedyś poszedłem tam razem z mamą. Na środku małego pokoju stała wielka maszyna do szycia. Wszędzie walały się resztki materiału, krawieckie centymetry, wielkie jak moje ówczesne marzenia nożyce. A z boku stała jakaś kobieta z cierpiętniczą miną, w którą ktoś powtykał dziesiątki szpilek. Pamiętam, że bardzo mi jej było wtedy żal. Niepotrzebnie. Po kilku (kilkunastu?) przymiarkach taka niewiasta wychodziła od krawcowej z owiniętym w szary papier pakunkiem. A tam krył się zazwyczaj skrojony idealnie żakiet. I to z materiału, który mógł wzbudzić wówczas zazdrość niejednej znajomej.

Albo inna emanacja PRL-owskiej kobiecości, pani Danusia. W tamtych czasach była prawdziwą skarbnicą wiedzy na temat życia osiedla. Wziąwszy pod uwagę, że latem jej „dzień pracy” zaczynał się tuż po wschodzie słońca, osiągi mojej sąsiadki można by publikować w Księdze Guinnessa. Kiedy pojawiała się w oknie, władzę nad jej ciałem przejmowały zwierzęce instynkty. Słuch jak u kota, wzrok sokoli, spostrzegawczość lisa. Nic nie umknęło jej uwadze, nie uroniła żadnego słowa wypowiedzianego przez sąsiadów – niezmiennie na tropie „wielkich” osiedlowych afer.

A potem sprawiedliwie dzieliła się tą wiedzą z innymi. Każdego wieczoru pod moją klatką odbywała się tradycyjna plotkarska ustawka. Giełda wiadomości z ostatniej chwili, której celem było ustalenie hierarchii wśród zajmujących się tym fachem. Ten, kto miał gorętszego newsa, brylował w towarzystwie. Moja sąsiadka zazwyczaj wiodła prym w tego typu zabawach. Tylko ona wiedziała, jak wygląda aktualna kochanka pana Stefana spod „trójki”, kim jest ojciec dziecka młodej Kaniewskiej i kto rąbnął żarówkę z windy. Swoją drogą, żarówki „za komuny” ginęły jak spadające na letnim niebie gwiazdy. Często, szybko i niepostrzeżenie.

Często wspominam panią Dankę. Jej surowe spojrzenie, które wyzierało zza grubych jak denka od słoików okularów. Jej zwierzęcą czujność. W końcu także misję, której poświęciła całe życie. Aż dziw bierze, że nie zainteresowały się nią służby specjalne. Byłaby dla nich cennym nabytkiem. Profesjonalna w każdym calu, znająca lokalne środowisko, z niezłym szpiegowskim warsztatem. Pamiętam, że gdy któregoś dnia wjechałem rowerem w Wartburga sąsiada, kilka minut (sekund?) potem wiedziała już o tym cała dzielnica. Byłem na przegranej pozycji. Ręka i każący wzrok mojej sąsiadki dopadły mnie jak spadający na nieświadomą niczego ofiarę raróg. Pani Danusia znowu była górą!

Ale któregoś dnia, kiedy zbiegałem po schodach, nie zobaczyłem jej. Czyżbym przeoczył stały element blokowej scenografii – niezmienny od początku jego istnienia? Na drugi dzień też nikogo nie było. Podobnie na trzeci, czwarty... Dopiero jakiś czas potem dowiedziałem się, że pojechała do córki, i raczej nic nie wskazywało na to, żeby miała szybko wracać. Co ciekawe, jej miejsce zajęła niebawem inna osiedlowa Mata Hari. W końcu przyroda nie znosi próżni. Także, gdy mowa o najstarszym zawodzie świata – szpiegostwie, rzecz jasna.

fot. Z archiwum Wandy i Stefana Żmuda

Adam

DODAJ KOMENTARZ

KOMENTARZE