PUBLICYSTYKA

Gdy stało się najgorsze

6 lutego 2002 roku całą Polską wstrząsnęła tragiczna wiadomość – przed piątą rano w podziemnym wyrobisku w kopalni Jas-Mos miała miejsce silna eksplozja. W chodniku 600 metrów pod ziemią było 47 górników. Po wybuchu dziesięciu z nich znaleziono przytulonych do siebie w jednej wnęce – wszyscy spłonęli. Najmłodszy z feralnej dziesiątki, Kamil, miał 28 lat. Minęło ponad 15 lat od tamtych tragicznych wydarzeń.

Jest rześki poranek, kiedy pojawiam się pod domem bohaterów reportażu. Rozlega się dzwonek u drzwi. W chwilę potem pojawia się w nich pan Henryk i suczka Funia, która chyba nie jest zadowolona z mojej wizyty. W kuchni czeka już na mnie pani Stanisława – matka Kamila. „Rano odwiedził nas wnuczek” – mówi i pokazuje na leżące na stole ptasie mleczko i imponujących rozmiarów tabliczkę czekolady. Czujna Funia nie spuszcza ze mnie wzroku, w międzyczasie pani Stanisława nastawia wodę na herbatę.

Kiedy pytam ją o syna, od razu zbiera się jej na płacz. „To był taki dobry synek, ani nie pił, ani nie kurzył. Ja wszędzie chodziłam z Kamilem, częściej nawet niż z mężem” – dodaje. Po chwili, już pogodniejszym tonem, dodaje: „A jak umiał żartować, a taki głośny był – żywe srebro!” Opowiada mi, jak 17-letni Kamil długo nie odbierał prawa jazdy, bo… nie posiadał aktualnego zdjęcia. „Mamo! Ja wolę iść do dentysty, jak do fotografa” – pani Stanisława relacjonuje jego spontaniczną reakcję. Na stole pojawia się gorąca herbata. Wypijam łyk. Proszę moją rozmówczynię, aby opowiedziała, w jakich okolicznościach dowiedziała się o śmierci syna. Pamięta jak dziś. Akurat tego dnia w domu pracowała ekipa remontowa, więc postanowiła nie włączać radia. Niebawem usłyszała pukanie do drzwi. „Poprosili mnie, żebym usiadła” – wspomina tamten lutowy poranek – „Nie miałam żadnych złych przeczuć i odpowiedziałam najspokojniej w świecie: 'Chyba nic złego mi nie powiecie, nie?'”

Pięć dni później Kamil zostaje pochowany na miejscowym cmentarzu w Szerokiej. Miał 28 lat. Proboszcz tutejszej parafii mówi o nim wówczas, że był dobry jak chleb, z którego każdy mógł ułamać kawałek. W ostatniej drodze towarzyszą mu, oprócz rodziców i zebranych tłumów, młoda wdowa – Iwona i niespełna 8-miesięczna córeczka Ala. Byli zaledwie trzy lata po ślubie. W szafie, w rodzinnym domu Kamila nadal wisi jego ślubny garnitur. Jak mówi mi pani Stanisława, serce matki pęka za każdym razem, kiedy ma przed oczami ubranie syna.

W zimnej kuchni moja herbata szybko stygnie. „Jakby prosił się o tę śmierć” – powtarza cicho pani Stanisława i opowiada, w jaki sposób syn trafił „na ścianę”. O tym, że sprywatyzowano warsztaty, w których pracował jako ślusarz, że za namową swojego ówczesnego kierownika postanowił zjechać „na dół”, o wadzie wzroku, która mogła pokrzyżować mu plany. I jeszcze o tym, że krótko przed śmiercią podwyższył stawkę ubezpieczenia na życie. Pytany przez naszą bohaterkę o powody swojej decyzji miał podobno odpowiedzieć: „Gdyby stało się najgorsze, będą przynajmniej ze mnie coś mieć”.

Pani Stanisława kładzie się spać z kurami. O piątej rano jest już na nogach. Czasami, kiedy sen nie przychodzi, powtarza sobie: „Kamilku, ty się chyba masz tam dobrze, co?”. Dzięki codziennej krzątaninie odgania od siebie złe myśli. Kiedy pytam ją o to, czy czas leczy rany, nic nie odpowiada, tylko kiwa przecząco głową. Potem przyznaje, że od śmierci syna nie pamięta już o swoich urodzinach. Nagle przypomina się jej, że za kilka lat będzie wspólnie z mężem obchodzić „złote gody”. Dopiero wtedy w jej oczach, przez krótką chwilę, pojawiają się iskierki. Herbata jest już zupełnie zimna.

Kiedyś wnuczka Alicja zapytała ją, czy wie, że św. Barbara jest patronką jej tatusia. „Tak, wiem, Alu. Św. Barbara, to patronka wszystkich górników – także twojego taty” – odpowiedziała. „No i ona mnie zawiodła!” – rzuciła dziewczynka z pretensją. Pani Stanisława bardzo realistycznie odgrywa tamtą scenę. Przez chwilę zamyśla się. Wspomina swojego ojca, który poszedł na front i już nigdy z niego nie wrócił, choć oficjalnie uznano go za zaginionego. Wszystko, co jej po nim zostało, to stara fotografia – ojciec z nią, wówczas zaledwie półroczną, na ręku. Teraz doszukuje się w tym ukrytego podtekstu i mówi o takim samym zdjęciu syna z kilkumiesięczną wnuczką. Kiwa z niedowierzaniem głową.

Dochodzi godzina 10-ta. Głos radiowego lektora zaprasza na serwis informacyjny. Wśród ostrzeżeń przed opadami śniegu pojawia się także informacja o śmierci młodego kierowcy. Moja rozmówczyni zmienia się nagle na twarzy. Trwa to zaledwie ułamek sekundy. Żegnam się z panią Stanisławą i powoli kieruję ku wyjściu. Kątem oka dostrzegam jeszcze Funię machającą ogonem na pożegnanie...

fot. pixabay

Damian Maj

DODAJ KOMENTARZ

KOMENTARZE