PUBLICYSTYKA

Górnik "gorszy" i "lepszy"?

Związki zawodowe biją na alarm. Prawa pracownicze w Jastrzębskiej Spółce Węglowej są nagminne łamane. Niemal każdego dnia związkowcy pochylają się nad losem górników, których sytuacja jest coraz bardziej skomplikowana. Co ciekawe, w całej tej batalii rzadko wspomina się o pracownikach firm górniczych. Tych samych, których los i warunki, w jakich codziennie pracują (nierzadko na pierwszym kopalnianym froncie) są bez mała tajemnicą poliszynela. Niepochlebne (mówiąc delikatnie) opinie, a w zasadzie legendy, na temat działania firm dają wiele do myślenia. Ale czy tak naprawdę komukolwiek zależy na tym, żeby ta sytuacja uległa zmianie? A może nie we wszystkich tego typu przedsiębiorstwach dzieje się źle? Może Adam i Maciek, których wysłuchaliśmy z uwagą, niepotrzebnie dramatyzują?

Adam (imię zmienione – przyp. aut.), strzałowy z ponad dwudziestoletnim doświadczeniem, wytrzymał w firmie tylko kilka lat. Kiedy pada pytanie, na czym dokładnie polegała różnica w pracy na kopalni i „pod firmą”, sprawia wrażenie rozbawionego naiwnością dziennikarza. „Na wszystkim!” – odpowiada, nie przestając się śmiać. „Materiały głównie nosiło się na plecach. Nikt nawet nie pomyślał o transporcie. Czasami przydzielono mi kogoś do pomocy. To wtedy we dwóch targaliśmy ładunek. Niech pan kiedyś spróbuje. Czterdzieści kilogramów. Trzy kilometry do ściany. Z buta...” – ironizuje.

„Co do tych butów” – do rozmowy włącza się Maciek (imię zmienione – przyp. aut.), pomocnik dołowy, do niedawna jeszcze pracownik firmy górniczej – „Najlepiej, żeby zjeżdżając na dół, każdy miał swoje. Podobnie kilof, łopatę, rękawice. Ale to betka! W innych firmach nie dawali nawet ubrania roboczego. Może wykombinowali sobie, że na przodku można paradować w samych gaciach?”

Kolejne pytanie. Tym razem o bezpieczeństwo. Maciek, gdy pada to ostatnie słowo, zaczyna wymieniać służby, które dbały, żeby pracownikom firm nie przydarzyło się nic złego. „Kogo tam nie było” – macha zrezygnowany ręką – „Państwowa Inspekcja Pracy, Urząd Górniczy, nadsztygarzy z wentylacji, behapowcy...” Nagle przerywa tę wyliczankę i robi pauzę: „Tyle tylko, że to nie miało wiele wspólnego z naszym bezpieczeństwem. Przychodzili jak do siebie. Wie pan, takie niezapowiedziane wizyty, o których kierownictwo wiedziało z odpowiednim wyprzedzeniem. Proszę mi uwierzyć, w tym kraju codziennie zdarzają się cuda. A już szczególnie w zakładach pracy”.

Adam przychodzi w sukurs młodszemu koledze. „Wszystko było podporządkowane wydobyciu. Kosztem bezpieczeństwa, zdrowia, a nawet życia górników. Zdarzało się – kiedy na dole było zbyt gorąco i mieliśmy przestoje – że pracowaliśmy dwie szychty pod rząd. Albo to noszenie ładunków na plecach. Miałem cholerne szczęście, że niczego mi nie urwało” – uśmiecha się kwaśno.

„A co z bonami żywnościowymi? To też jest ciekawe” – do rozmowy włącza się żona jednego z mężczyzn. „Mówisz o kartkach?” – upewnia się Maciek – „Nooo, dostawaliśmy! Do wykupienia w jednym jedynym sklepie, którego właścicielem był nasz szef z kopalni. W zasadzie, oprócz cukru i konserw, nic tam nie było. Jak za komuny półki świeciły pustkami. Dochodziło nawet do sytuacji, że trzeba było zapisywać się na mięso”. „Niektórym to chyba pasowało” – dodaje Adam – „Chłopaki z gór brali cukier w każdej ilości. Mówili, że na bimber”.

Ale ten „radosny” nastrój szybko zastępuje refleksja. Szczególnie w przypadku Maćka, któremu jego były pracodawca wciąż jest winny pieniądze. Za dwa miesiące pracy. Pomimo sądowego nakazu zapłaty (bo jastrzębianin, a także inni pracownicy firmy, postanowili wystąpić na drogę sadową – przyp. aut.). „Problemy z płatnościami zaczęły się już na początku. Szef regularnie spóźniał się z wypłatą. O bonach nawet nie wspomnę. W końcu kasy za dwa miesiące nie dostaliśmy. Oczywiście, było mydlenie oczu, że kopalnia nie przelała środków na konto firmy. I takie tam gadanie. Wreszcie zdecydowałem, że nie zjeżdżam na dół. Odzyskałem jedynie 700 złotych” – mówi Maciek. A Adam? „Zwolniłem się wcześniej od kolegi. Jak zobaczyłem swoją ostatnią wypłatę, to mnie olśniło. 1700 zeta na rękę za ciężką i niebezpieczną pracę?! Powiedziałem pas!” – kończy.

Adam i Maciek dawno pozbyli się złudzeń – firmy górnicze wykonują na kopalniach, jakkolwiek to zabrzmi w tym kontekście, najczarniejszą robotę. „Teraz wydaje mi się, że częściej robiliśmy w kamieniu niż węglu” – zauważa pierwszy z nich. Maciek sekunduje koledze: „Na przodku robili praktycznie wszyscy. Przodowi, młodsi górnicy, pomoc dołowa. Mniej więcej za te same pieniądze”. Mężczyźni wyrobili sobie także opinię na temat przyszłości firm. „Póki będą wygrywać kolejne przetargi, a to się nie dzieje przecież przypadkowo...” – „puszcza oko”.

„Wie pan, te firmy są jak kameleon. Nazwy zmieniają trzy razy w roku” – mówi Adam – „Na necie jest rozrysowany schemat naszego przedsiębiorstwa, sieć powiązań, kolejne nazwy. Trudno się w tym połapać”. I jeszcze Maciek: „Jak poszedłem odebrać świadectwo pracy, to zagadał do mnie jeden z prezesów. Mówił, że firma wzięła kredyt i będą pieniądze na pensje. Spytał nawet, czy chcę wrócić do pracy? Podziękowałem grzecznie”.

fot. J. Żak

Damian Maj

DODAJ KOMENTARZ

KOMENTARZE