PUBLICYSTYKA

Historia naszej "sprawiedliwej"

Historia naszej „sprawiedliwej” rozpoczyna się w początkach 1944 r. w Tłustym. To niewielkie miasteczko, leżące przed wojną na płd.-wsch. rubieżach II Rzeczpospolitej, było w tym czasie świadkiem gwałtownego odwrotu pobitych wojsk niemieckich spod Stalingradu. Helena Sobkowiak, wówczas 23-letnia Helena Ojak, mieszkała wraz z mężem, Józefem, w jednej z tamtejszych kamienic. Kamienicy, dodajmy, opuszczonej pośpiesznie przez swoich żydowskich lokatorów, i której, w efekcie wojennej zawieruchy, byli jedynymi mieszkańcami. Krótko po tym wydarzeniu pod drzwiami ich mieszkania pojawiają się dwie tajemnicze, uważnie rozglądające się na wszystkie strony postacie...

Jak się wkrótce okaże, są to miejscowi lekarze – Baruch Milch i Jakub Weiless. Obaj pochodzenia żydowskiego, obaj w śmiertelnym niebezpieczeństwie. Znała ich dobrze, nieraz mijała na ulicach Tłustego, nie przypuszczała jednak, że los zetknie ją z nimi w tak nieprzewidzianych okolicznościach. Zapada kłopotliwe dla obu stron milczenie, w końcu jednak pada prośba o pomoc w ukryciu. „Ale ja nie mam gdzie, ja też chcę żyć” – miała powiedzieć moja rozmówczyni. I, jak przyznaje po latach, był strach, ale też człowiek chciał pomóc. „Wy się nie bójcie, bo tu jest schron” – odpowiadają. W kilka chwil później cała trójka schodzi do podziemi kamienicy, gdzie rzeczywiście znajdował się zapobiegliwie urządzony przez właściciela domu schron. Wydawało się, że ratunek jest na wyciągnięcie ręki.

Jakiż był szok naszej bohaterki, kiedy okazuje się, że kamienica, w której mieszka zostaje zaadoptowana na... sztab wycofujących się sił hitlerowskich. W dodatku mąż pani Heleny, pracujący w pobliskim młynie, nie pojawiał się w domu od kilku dni. Nagle znalazła się w oku cyklonu, sam na sam ze swoim strachem, przez osiem – jak się wkrótce okaże – bardzo długich dni. Kiedy po raz pierwszy, wykorzystując chwilową nieobecność żołnierzy niemieckich, zeszła na dół, aby zanieść im coś do jedzenia, usłyszała: „My nie głodni, myśmy jedli buraki, tylko my jesteśmy żądni informacji”. Okazało się, że kratka umożliwiająca dopływ świeżego powietrza zadeptana została przez pozostawione na zewnątrz konie, oni zaś w akcie desperacji przebili się do sąsiadującej ze schronem piwnicy. To umożliwiło im swobodniejsze oddychanie. Tam też ktoś przechowywał pastewne buraki.

Wkroczenie Armii Czerwonej, co prawda przyjęte przez mieszkańców miasteczka bez entuzjazmu, oznaczało koniec gehenny naszych bohaterów. Dla Heleny Sobkowiak i jej męża był to także nowy rozdział w ich życiu. Niebawem Józef Ojak wyrusza z dywizją kościuszkowską na front, z którego już nie powróci. Pani Helena opuszcza tymczasem Tłuste i udaje się do Skały Podolskiej, gdzie zastaje ją koniec wojny. Stamtąd, w ramach akcji repatriacyjnej, trafia na Śląsk – konkretnie do Bytomia. Tu wychodzi ponownie za mąż za Józefa Sobkowiaka. Rodzą się im dwie córki. W latach 50-tych już na stałe osiedla się w naszym regionie. Uratowani Weiless i Milch również przebywają na Śląsku, gdzie w Bytomiu i Zabrzu pracują jako lekarze. Każdy, kto choć pobieżnie zna topografię przedwojennej Polski musi zdać sobie sprawę z odległości, jaką pokonała bohaterka reportażu. Odległości mierzonej nie tylko w przebytych kilometrach, ale, jak się wydaje, przede wszystkim w towarzyszących jej emocjach.

Mimo iż od opisywanych wydarzeń minęło dobrze ponad pół wieku, a pamięć coraz częściej zawodziła moją rozmówczynię, wciąż śmiały się jej oczy na myśl o rodzinnej miejscowości. Z rozrzewnieniem wspomina Binkę – Albinę Fajkenfik – żydowską przyjaciółkę z tamtych czasów. Zresztą, z jej opowieści wyłania się powoli obraz Tłustego jako swoistego „tygla narodów”, w którym w zaskakującej symbiozie żyli Polacy, Żydzi i Ukraińcy. Do czasu, aż w ich życiu pojawiła się polityka. Ona także pisała powojenną kartę tej historii. Niebawem z rąk ukraińskich nacjonalistów zginie okrutnie zamordowana 16-letnia siostra pani Heleny. Po 1968 r., w wyniku nagonki antyżydowskiej, Baruch Milch i Jakub Weiless zmuszeni są opuścić Polskę i emigrują do Izraela. Podobny los spotyka przyjaciółkę Binkę.

W 1987 r. Helena Sobkowiak wyróżniona została tytułem „Sprawiedliwej Wśród Narodów Świata”. Nim to jednak nastąpiło, odbyła podróż do izraelskiej Netanyi, gdzie spotykała się z uratowanymi przez siebie lekarzami. Mieszkała wówczas u Binki, z którą pośpiesznie odrabiała 20-letnie zaległości. Tu także dostąpiła zaszczytu zasadzenia w Alei Sprawiedliwych na Wzgórzu Pamięci w Jerozolimie symbolicznego drzewka oliwnego. To o nim Irena Sendlerowa powie kiedyś: „Drzewko na górze w Jerozolimie to nawet coś więcej niż pomnik. Pomnik bowiem można by zniszczyć, a Drzewko Pamięci będzie zawsze rosło”.

Szczególnym aneksem do tego tekstu jest rok 2008, kiedy panią Helenę odwiedza ambasador Izraela z wnuczką Barucha Milcha. Goście obdarowują ją wówczas srebrną menorą – siedmioramiennym żydowskim świecznikiem i książką napisaną przez Milcha. Autor „Testamentu” – bo taki tytuł właśnie nosi – daje wstrząsające świadectwo tamtych czasów. Zapisuje w nim nie tylko bieg wydarzeń wojennych, ale także odbywającą się na jego oczach Zagładę Żydów. Choć obu ocalonych nie ma już wśród żywych, można mieć więc nadzieję, że kolejne pokolenia będą pamiętać o polskich „sprawiedliwych” – o ich bezprzykładnym świadectwie i swoistym przesłaniu na przyszłość.

fot. pixabay

Damian Maj

DODAJ KOMENTARZ

KOMENTARZE