PUBLICYSTYKA

"Hokej zrobił ze mnie człowieka"

 
Wraz z początkiem sezonu 2018/2019 jastrzębskim kibicom zaprezentowana została książka "65 lat hokeja na lodzie w Jastrzębiu-Zdroju". Liczący ponad 140 stron tom opisuje dzieje tej dyscypliny w naszym mieście, choć na pewno nie wyczerpuje tematu i zapewne nie jest wolny od niezamierzonych błędów. Książkę można nabyć przy okazji spotkań JKH GKS Jastrzębie na Jastorze.

Na naszych sportowych łamach będziemy w najbliższym czasie publikować fragmenty tego dzieła. Zaczynamy od części wywiadu z Florianem Gomolą - jednym z założycieli LZS Jastrzębianka oraz najważniejszym inicjatorem powstania Górnika Jastrzębie (czyli późniejszego GKS Jastrzębie) w 1961 roku. 80-letni pan Florian to prawdziwa kopalnia wiedzy o początkach jastrzębskiego sportu. Gomola był sekretarzem Jastrzębianki oraz Górnika i jeszcze w pierwszej połowie lat 60. grał w hokeja. Florian Gomola to człowiek dziś niestety poza hokejem zapomniany, a przecież to m.in. od niego to wszystko się zaczęło.

Poniżej publikujemy część wywiadu z Florianem Gomolą z książki "65 lat hokeja na lodzie w Jastrzębiu-Zdroju". Pomijamy w nim m.in. kwestię "walki o basen" z Komisją Uzdrowiskową, słynnych kijów Franciszka Peterka, genezy nazw Jastrzębianki i Górnika Jastrzębie-Moszczenica czy pojawienia się w klubie trenera Edwarda Rusina, o którym więcej opowiedzą inni nasi rozmówcy. Zapraszając do lektury wywiadu (będącego jedynie niewielką częścią pierwszego rozdziału wspomnianej książki) zachęcamy jednocześnie do zapoznania się z całością publikacji. 

- Zwykł pan mawiać, że hokej zrobił z pana człowieka...
Florian Gomola - Bo tak jest! Mam ponad 80 lat i wciąż jestem praktycznie w pełni sprawny właśnie dzięki hokejowi, który uprawiałem w młodości. Jako nastolatek byłem dość tęgi i to ten sport mnie "wyszlifował". Hokej nauczył mnie tego, aby nigdy się nie poddawać i niczego się nie bać. W 1964 roku uległem wypadkowi na kopalni, spadając na głowę z wysokości trzech metrów. Lekarz mówił później, że tylko za sprawą treningów miałem na tyle mocną szyję, że nie skończyło się tragicznie. Co tu kryć, po prostu kocham tę dyscyplinę! 
 
- Na początek słowo o panu. Jest pan rodowitym jastrzębianinem, ale zarazem mówi bardzo czysto po polsku.
- Urodziłem się w Zdroju w 1937 roku jako syn Gertrudy i Alfonsa. Niebawem wybuchła wojna i publicznie można było mówić tylko po niemiecku. Języka polskiego w zasadzie porządnie uczyliśmy się dopiero później i to od... kuracjuszy uzdrowiska. Wychowywała nas mama, bo ojciec został wywieziony na Wschód i już nigdy nie wrócił. Matka była silną kobietą, która kiedyś grała w tenisa ziemnego. Moc w rękach mam właśnie po niej. Zanim poznałem hokej na lodzie, preferowałem narty. Biegałem i skakałem na skoczni w Parku Zdrojowym. Z tej ostatniej dziedziny "wyleczył" mnie bolesny upadek na nos. Wtedy zamieniłem narty na łyżwy.
 
- Jednak hokejowej pasji "nabawił się" pan dopiero podczas nauki w szkole średniej w Katowicach.
- To był początek lat pięćdziesiątych. Uczyłem się na technika geodetę, a zarazem mieszkając w Piotrowicach byłem częstym gościem na Torkacie. Pasjonowała mnie architektura obiektów sportowych, których w Jastrzębiu wówczas nie było. Mniej więcej w tym samym czasie hokejem "zarazili się" w szkole w Cieszynie Jan Posłuszny i Jerzy Paczyński. Jednak człowiekiem, bez którego nie byłoby jastrzębskiego hokeja, był bez wątpienia Stanisław Ogaza. 
 

- Jak pan go wspomina?
- Uważam, że w dzisiejszych klubach sportowych brakuje takich ludzi jak on. Fantastyczny organizator z sercem do sportu i głową do interesów, ale też człowiek, który nie znosił sprzeciwu i nie lubił mieć kogoś "nad sobą". Wiele się od niego nauczyłem. Pochodził z Rybnika, a hokejowego bakcyla złapał w miejscowej Silesii, której prezesi rzekomo byli jego kuzynami. Był przedwojennym oficerem, internowanym podczas wojny na Węgrzech. Nienawidził komuny i nie chciał mieć z nią nic wspólnego, ale zarazem był niezwykle aktywnym człowiekiem, który nie potrafił usiedzieć w miejscu. Ożenił się w Jastrzębiu-Zdroju i dlatego ostatecznie osiadł właśnie tutaj. Był sekretarzem gminnym, a jego młodszy brat został w późniejszych latach nawet prezydentem miasta. Dzieliła ich ideologia, ale jakoś tam pomagali sobie wzajemnie. Kiedyś wraz z Janem Posłusznym zobaczyliśmy, jak na zamarzniętym basenie Ogaza przygotował sobie małe lodowisko o powierzchni 20 na 20 metrów i ćwiczył tam jazdę figurową. Na nogach miał słynne CCM-ki, które przywiózł z Węgier. Wraz z Posłusznym poprosiliśmy go, aby pomógł nam założyć klub hokejowy. 
 
- Podobno Ogaza nie zareagował entuzjastycznie...
- Kazał nam wybić sobie ten pomysł z głowy. Argumentował, że sprzęt hokejowy jest bardzo drogi, ale nie zniechęciło nas to. Bodajże dwa lata za nim chodziliśmy, zanim wreszcie się zgodził. 
 
- Dlaczego sami nie spróbowaliście założyć klubu?
- Trzeba pamiętać, że my byliśmy wtedy nastolatkami, a on dojrzałym człowiekiem, dla którego hokej nie miał tajemnic. Choć podchodził pod czterdziestkę, był od nas o klasę lepszy. Pełnił rolę prezesa i trenera w LZS Jastrzębianka. W klubie istniały także sekcje pływania i szermierki, które Ogaza również uprawiał. Zajęcia fechtunku były zresztą dla nas elementem przygotowań do meczów hokeja, ponieważ wyrabiały bystrość i refleks. Ćwiczyliśmy nawet walkę na bagnety!
 
- Czy istnieje możliwość ustalenia daty dziennej powstania LZS Jastrzębianka?
- Można przyjąć, że stało się to w 1953 roku, ale daty dziennej nie pamiętam. Dokumentację klubową skradziono mi kiedyś w dziwnych okolicznościach. Na pewno założenie klubu miało miejsce zimą, gdy basen był nieczynny. Pierwsze spotkanie organizacyjne odbyło się właśnie na tym obiekcie, choć... trochę "na dziko" (śmiech). Dopiero w późniejszym czasie sprawujące pieczę nad basenem władze uzdrowiska pozwoliły nam spotykać się tam "legalnie", a nawet zezwoliły na korzystanie z szatni. Zapewne nie spodziewały się, że niebawem przejmiemy nad nim administracyjną kontrolę.
 

- Pamięta pan pierwszy mecz hokeja w Jastrzębiu-Zdroju?
- Tak, graliśmy z Kaczycami i miało to miejsce w drugie święto Bożego Narodzenia, czyli 26 grudnia. Nie jestem jednak w stanie przypomnieć sobie, czy miało to miejsce w 1952 roku, czy też rok później, tuż przed pierwszym ligowym startem w klasie A w sezonie 1953/1954. Wraz z Janem Posłusznym zgłosiliśmy bowiem klub trochę "na wariata", za co Ogaza okrutnie nas zbeształ (śmiech). Nie mieliśmy przecież gdzie i w czym grać! Co innego pojeździć na łyżwach w domowym swetrze na zamarzniętym basenie, a co innego rozgrywać tam ligowe mecze. Z Kaczycami zmierzyliśmy się na gołym lodzie, bez band. Chwila nieuwagi i można było uderzyć o beton. A kiedy trochę mocniej zagrzało słońce, to południowa strona tafli była pełna wody. I tak chlapaliśmy się kijami z tymi Kaczycami. To był cyrk, ale tak właśnie wyglądały początki hokeja.
 
- Kto zagrał w historycznym meczu i jaki był rezultat spotkania?
- Wyniku niestety nie pamiętam, ale za to dysponuję składem, jaki wystawiliśmy przeciw Kaczycom. Grającym trenerem był Ogaza, a poza nim w kadrze znalazła się nasza trójka, czyli Jan Posłuszny, Jerzy Paczyński i ja, a obok nas także Jan Pisarski, Henryk Fojcik, Ernest Sosna, Alfred Skrobol, Eryk Błatoń, Ewald Pająk, Henryk Tesarczyk, Arnold Rajchman oraz mój brat Józef Gomola. Rajchman był szwagrem Ogazy i zagrał z nami może dwa razy, ale bardzo przysłużył się klubowi jako elektryk, zakładając oświetlenie na basenie. Potem do drużyny dołączyło siedmiu chłopaków z Wodzisławia (Janusz Stolarski, Jan Kowalow, Henryk Kożuch, Stanisław Wziętek, Józef Spyra, Marian Banot i Jan Wuwer), których Ogaza, pracujący wówczas jako zaopatrzeniowiec, wypatrzył gdzieś na łące. Byli starsi i lepsi od nas, a ich grającym trenerem był mający czeskie korzenie Stolarski. Wszystkich Stanisław Ogaza zdołał przekonać, aby dołączyli do Jastrzębianki.
 
- Zanim Jastrzębianka wystartowała w klasie A, musieliście doprowadzić basen do stanu hokejowej używalności...
- Początkowo brałem pod uwagę możliwość przygotowania lodowiska na polanie obok basenu. Widziałem, jak podobny obiekt przygotowywano w Piotrowicach. Wyznaczyliśmy odpowiedni plac, a kolega pożyczył konie od Gawełczyków. Naharowaliśmy się, ale niestety pod orką znajdowała się metrowa warstwa piasku, bo wcześniej były tam bagna. Boisko na plaży nie był głupi pomysł, ale z takim podłożem nie było możliwości zrobienia lodowiska. Ostatecznie stanęło więc na tym, że musimy grać w niecce basenu i ten obiekt zgłosiliśmy do Śląskiego Związku Hokeja na Lodzie. Aby nie było ryzyka, że ktoś się utopi, kazano nam umieścić pod taflą siatkę. 
 

- Aż do sezonu 1959/1960 Jastrzębianka rywalizowała w klasie A, aby wreszcie w 1960 roku wywalczyć historyczny awans do III ligi. Jak pan wspomina tamten okres?
- Wówczas w naszym regionie było naprawdę wiele drużyn. Rywalizowaliśmy z zespołami z Knurowa, Wesołej czy mocną wtedy Silesią Rybnik, ale też z Kaczycami czy Zebrzydowicami. Za sprawą Ogazy rozwijaliśmy się sportowo, więc z czasem pojawiły się trochę lepsze wyniki. Liczono się z nami, bo byliśmy walczakami i nikomu nie odpuszczaliśmy. Tłukliśmy się nawet z Silesią Rybnik. Ale z tym "historycznym awansem" to nie byłbym pewien, czy był on do końca naszą zasługą, czy też efektem rozpadu kilku innych drużyn i związanych z nimi walkowerów. Sytuacja była bowiem bardzo dynamiczna. Wystarczyło, że zima była nieco cieplejsza i już pojawiał się kłopot. O ile w latach pięćdziesiątych bywało naprawdę mroźnie, o tyle później bywało różnie. Nie dałbym sobie za to ręki uciąć, ale być może otrzymaliśmy miejsce w III lidze za sprawą rozpadu jakiegoś innego klubu.
 
- Co było tą przyczyną końca sekcji LZS Jastrzębianka?
- Ogaza postawił jastrzębski hokej na nogi i to za jego sprawą okoliczne kluby zaczęły się z nami liczyć. Po awansie pojawiły się jednak coraz większe kłopoty finansowe. Czasowo i organizacyjnie nie dawaliśmy sobie także rady z basenem, za który nasz LZS odpowiadał. Jedynym ratunkiem wydawało mi się wtedy oparcie funkcjonowania hokeja o górnictwo, w którym pracowała już część naszych zawodników. Ja sam rozpocząłem pracę w Przedsiębiorstwie Budowy Kopalń ROW, którego dyrektorem był Mieczysław Kopka. Zapytałem o możliwość "przejścia" pod patronat zakładu. Powiedziano mi, że mogą pomóc, ale PBK ROW nie był zakładem przywiązanym do jednego miejsca. "Dziś jesteśmy tu, jutro tam..." - informowano. Dlatego trzeba było szukać wsparcia na kopalniach i z tą myślą trafiłem na KWK Jastrzębie-Moszczenica w Budowie, gdzie pracowałem od 1961 roku. Do tejże kopalni Komitet Wojewódzki PZPR wydelegował Bernarda Hałupkę...
 
- Późniejszego przewodniczącego Prezydium Miejskiej Rady Narodowej? 
- Tak, ale wtedy Hałupka był koordynatorem ds. młodzieżowych w zakładzie. Przywiózł regulamin klubowy Górnika Zabrze i według niego przygotowaliśmy zawiązanie nowego klubu o nazwie Górnik Jastrzębie. Następnie pomógł mi w sprawach organizacyjnych. Udaliśmy się od razu do związków zawodowych po wsparcie, ale prawdą jest, że gdyby nie dobre słowo ze strony dyrektora KWK Jastrzębie-Moszczenica w Budowie Włodzimierza Ostaszewskiego, to klubu by nie było. Dzięki temu kopalnia miała swój klub - Górnik Jastrzębie, początkowo z dwiema sekcjami: piłkarską, która powstała w oparciu o zawodników LZS Jastrzębie Górne, i hokejową.
 

- Która za pana sprawą stała się swoistym motorem napędowym powstania Górnika Jastrzębie. Można powiedzieć, że "przeniósł" pan tę sekcję z LZS Jastrzębianka.
- Z uwagi na moją osobę hokej był głównym "organizatorem" tego wszystkiego. Natomiast samo "przeniesienie" naszej sekcji trwało kilka miesięcy, mniej więcej do jesieni 1961 roku. Drużyna wprawdzie rozumiała i popierała moje stanowisko, jednak mimo wielu próśb Stanisław Ogaza nie dawał się przekonać. Mówiłem mu wtedy, że nie damy sobie rady i że basen nas już nie utrzyma, a on z kolei uważał, że górniczy klub to nie jest miejsce dla niego. W końcu jednak zgodził się na "przeniesienie" sekcji hokeja do Górnika, ale szczęśliwy z tego powodu nie był.
 
- Nie został pan jednak prezesem Górnika Jastrzębie.
- Podobnie jak w Jastrzębiance pełniłem funkcję sekretarza. Prezesem wybrany został Edmund Dexheimer, naczelny inżynier budujący kopalnię. Decyzję w tej sprawie podjął Włodzimierz Ostaszewski. Pamiętam, że pokazałem Dexheimerowi nasz basen i cały dorobek po LZS Jastrzębianka. W sumie byłem nawet dumny, że mogę mu zaprezentować lodowisko z bandami i oświetleniem, a dyrektor podsumował, że mamy tam straszne dziadostwo i że trzeba natychmiast coś z tym zrobić. Pamiętam też, że na dziesięciolecie jastrzębskiego hokeja za własne pieniądze zorganizowałem imprezę na basenie. Udało się zaprosić na okolicznościowy pojedynek czeską drużynę z Trzyńca. Przypominam sobie, że trenerowi gości spodobała się wtedy gra dwóch naszych zawodników, Józefa Musioła i Andrzeja Gawełczyka.
 
- Pana związki z ukochaną dyscypliną przerwał ciężki wypadek na kopalni w 1964 roku...
- Zachłysnąłem się metanem i upadłem z trzech metrów na głowę. Po wypadku działałem jeszcze trochę w klubie, choć rzecz jasna niemal wyłącznie w sekcji hokejowej, ponieważ z oczywistych powodów zależało mi głównie na jej istnieniu. Starałem się być aktywny, ponieważ pomagało to w rehabilitacji. Potem jednak skupiłem się na walce o pełny powrót do zdrowia i pracy na KWK Moszczenica, a następnie w Przedsiębiorstwie Budowy Szybów, gdzie doczekałem emerytury.
 

- To był koniec pana związków z hokejem?
- W zasadzie tak, choć pojawiłem się jeszcze raz na treningu już za czasów Jerzego Trójcy. Miało to miejsce na Torkacie w Katowicach. Wyjechałem na lód w łyżwach i ochraniaczach jak gdyby nigdy nic. Skutecznie powalczyłem z jednym z zawodników i Trójca to dostrzegł. Wezwał mnie i pyta, kim jestem. Zanim zdążyłem odpowiedzieć podjechał Eryk Mazur, który wszystko Trójcy wyjaśnił. I wtedy usłyszałem takie słowa: "Chłopie zjeżdżaj stąd, bo cię tu zabiją". Wtedy mnie całkowicie wyleczono z gry w hokeja. 
 
- Mało subtelne pożegnanie.
- To prawda, ale muszę przyznać, że wszystkie moje hokejowe marzenia spełniły się, więc nie narzekam. Mamy kryte Lodowisko Jastor i wielu młodych ludzi, którzy trenują tę dyscyplinę. Wprawdzie sam nie uczęszczam na mecze, ponieważ na lodowisku panuje zbyt duży hałas, ale doceniam tę robotę i właśnie dlatego właśnie często mówię, że Andrzej Frysztacki to jest taki "drugi Ogaza", który uratował hokej w Jastrzębiu-Zdroju.

Pełna treść wywiadu w książce "65 lat hokeja na lodzie w Jastrzębiu-Zdroju"
 


Zdjęcia: archiwum Floriana Gomoli, Magdalena Kowolik
 

rozm. mg

DODAJ KOMENTARZ

KOMENTARZE