PUBLICYSTYKA

Jastrzębskie piekiełko?

Rzecz dzieje się latem. Jest już dobrze po północy. Samochód z przyczepą ma wyłączone światła. Jedzie powoli wzdłuż bloku. W pewnym momencie zatrzymuje się. Kierowca ruchem szybkim jak błyskawica zdejmuje z przyczepy pokaźnych rozmiarów foliowe worki i wrzuca je do kontenera na śmieci. Nie włączając świateł oddala się w tylko sobie znanym kierunku...

„Zatruwają nam życie i zdrowie!” – grzmiał do słuchawki jeden z osiedlowych działaczy – „Specjalnie przeszedłem się tam kilka dni temu. Czarny, gryzący dym na pewno nie jest wynikiem spalania węgla. Powiem wprost: na tym osiedlu wrzuca się do pieców prawie wszystko!” Te słowa padają jako pierwsze nie bez powodu. Słuchając ich, tudzież czytając wpisy na naszym portalu, można bowiem odnieść wrażenie, że „stanowcze nie dla trucicieli z domków” (określenie jednego z komentujących – przyp.aut.) po raz kolejny stawia mieszkańców bloków w opozycji do swoich sąsiadów z samodzielnej zabudowy. A doniesienia tych pierwszych z frontu walki brzmiały cokolwiek dramatycznie. „Sam mieszkałem na stancji na niejednym osiedlu domków, więc wiem, jak ten problem wygląda od strony pieca. I mógłbym wymienić listę rzeczy, którymi paliło się w piecu. Szybciej byłoby zauważyć, czym właściciel w nim nie palił. Nawet organiczne szły!” – pisze „Naczelny Zadymiarz”. W odpowiedzi mieszkańcy „Szuflandii”, bo i z takim określeniem bloków można się zetknąć, słyszą, żeby zainteresowali się segregacją swoich śmieci, z większym zaangażowaniem pilnowali czworonożnych pupilów, które załatwiają się, gdzie popadnie, w końcu ktoś „życzliwy” radzi im, że zawsze można przeprowadzić się w bardziej ekologiczne rejony Polski. Czyli co, słynne „polskie piekiełko”?

Ale na tym nie koniec tej „wojny podjazdowej”. „Jestem mieszkańcem jednego z większych osiedli w naszym mieście. Od pewnego czasu, co najmniej kilkakrotnie, udało mi się zauważyć pewne zjawisko, które nie wiem, jak nazwać. Chodzi o podrzucanie śmieci do naszych blokowych kontenerów przez mieszkańców domków jednorodzinnych. Widziałem już kilkakrotnie, gdy pod śmietnik podjeżdżały (zawsze po zmroku) samochody (z wyższej półki cenowej) wypakowane workami ze śmieciami, kierowca w pośpiechu otwierał bagażnik i przy zapalonym silniku opróżniał jego zawartość”. Tak rozpoczynał się list wysłany na adres naszej redakcji jakiś czas temu. Jego autor opisuje w nim szczegółowo nie tylko sam proceder. Podaje także szczegóły, które w tym kontekście mogą wydawać się szczególnie kontrowersyjne.

#REKLAMA#

Zresztą, ten scenariusz powtarza się również, gdy scenografia zmienia się na bardziej, pozwólmy sobie na małą metaforę, sielankową. Oburzony Czytelnik dał upust swojej irytacji, opisując to, co dzieje się w Lesie Kyndra: „Jak można dopuścić do tego nieopisanego bałaganu – i to w miejscu tak chętnie odwiedzanym przez jastrzębian?! Dlaczego odpowiedzialne służby nic nie robią w tej sprawie? Przejdźcie się choćby główną alejką w lesie! To zobaczycie! Na własne oczy!” I kolejny wpis internauty, który doznał „szoku estetycznego”, spacerując po jednym z jastrzębskich lasów: „To musiała być 'regularna' impreza. Resztki jedzenia, nad którymi unosiły się roje much, butelki po wódce, plastikowe talerzyki i sztućce, koc, a nawet grill ogrodowy. Jednak najgorszy w tym wszystkim był kontekst – scenografię dla kilku (kilkunastu?) godzin spędzonych w miłym towarzystwie stanowił... Las Kyndra”.

Oddajmy ponownie głos mieszkańcom. Kiedy jakiś czas temu na łamach naszego portalu pojawił news pod wymownym tytułem „Mieszkańcy gorsi i lepsi”, w komentarzach zawrzało. I nic dziwnego, bo pytanie, jakie postawił jeden z internautów, brzmiało nader prowokacyjnie. Kto powinien płacić więcej za śmieci: mieszkańcy domów jednorodzinnych czy bloków? Jako pierwsza głos w sprawie zabrała „Basia”: „Co do śmieci to my z domków jednorodzinnych powinniśmy płacić mniej, bo resztki z obiadu rzucamy kurkom, puszki po konserwach wozimy na złom, kupy pieska i odpadki z jedzenia + trawa do kompostownika – a Wy, gorole, lepsi, wszystko do jednego kosza na śmieci, a biedne Panie na sortowni muszą w Waszych śmieciach grzebać by je posegregować. Dodam, że My na domkach od paru lat segregujemy śmieci do specjalnych worków”. Komentarz „Basi” szybko doczekał się godnej riposty. Jej adwersarz, ukrywający się pod nickiem „do Basia”, argumentował z humorem: „Tak segregujecie, ale chyba tylko to, co nie idzie spalić w piecu. No chyba że teraz taki węgiel wydobywają o posmaku plastiku. Dla twojej wiadomości to na osiedlach również są kosze do segregacji i bardzo szybko się zapełniają, więc to dowód na to, że ludzie segregują. Napisz mi jeszcze, że koszt opróżnienia 100 koszów na domkach jest taki sam jak jednego kosza zbiorczego ze 100 mieszkań. No i miło było się dowiedzieć, że w każdym jastrzębskim domu są kury”.

A może chodzi o coś zupełnie innego, wracając do poruszonego już wątku? O edukowanie tych, którzy palą w swoich piecach czym popadnie – i to w imię przewrotnie rozumianej oszczędności? Może to oni powinni zostać adresatami słów Marii Pilarskiej, naczelnika Wydziału Infrastruktury komunalnej i Inwestycji, która jakiś czas temu zwróciła się do mieszkańców Jastrzębia-Górnego tymi oto słowy: „Drodzy państwo, ja wam chemii wykładać nie będę. Na pewno nie palimy gumiaków, opon, pełnych pampersów oraz tak zwanych petów, czyli plastikowych butelek. Zrozumcie, że w ten sposób sami siebie trujemy. Zresztą, postąpicie tak, jak uznacie za słuszne”. Czy ten apel odniósł zamierzony skutek? No cóż, chyba tylko połowicznie. Bo mieszkańcy wykład z chemii grzecznie wysłuchali, ale do serca, zdaje się, wzięli sobie ostatnie wypowiedziane przez urzędniczkę zdanie. I postąpili tak, jak uznali za stosowne. Zawsze to taniej...

fot. pixabay

Damian Maj

DODAJ KOMENTARZ

KOMENTARZE