PUBLICYSTYKA

"Płacę na was pieniądze!"

To było jedno z rutynowych wezwań, jakich wiele w trakcie dziennego dyżuru. Jakiś mężczyzna miał leżeć nieprzytomny na poboczu drogi. Tak brzmiała pierwotna informacja od dyspozytora pogotowia ratunkowego. Pan Karol wraz z kolegą wsiedli do karetki, udając się pod wskazany adres. Był środek dnia, całkiem słoneczna pogoda. Samochód mknął w całej celebracji. Na sygnale dźwiękowym i świetlnym.

„Faktycznie, zgłoszenie potwierdziło się w całej rozciągłości. Zobaczyliśmy mężczyznę w średnim wieku. Schludnie ubranego, w sumie żadnych znaków szczególnych. Szybko przystąpiliśmy do rutynowych działań, chcąc poznać przyczynę zasłabnięcia. Sprawdziliśmy, czy reaguje na bodźce, otwiera oczy, może próbuje coś powiedzieć. Po chwili poczuliśmy charakterystyczną woń alkoholu... No cóż, dzień jak co dzień, żadna rewelacja” – mój rozmówca uśmiecha się smutno.

Jak podkreśla ratownik, fakt, że ktoś jest pijany, nie przekreśla go w oczach udzielających pomocy. Przykładowo trzeba wykluczyć scenariusz, że pacjent choruje na cukrzycę, co może skutkować zapachem z ust, podobnym do woni alkoholu. Innymi słowy, procedura jest precyzyjna w przypadku takich wyjazdów. „Najpierw przedstawiliśmy się z kolegą, po czym daliśmy znak mężczyźnie, że musimy przenieść go do karetki. W środku padła propozycja, żeby ściągnął okrycie wierzchnie. Chcieliśmy zrobić mu podstawowe badania. Jednak riposta pacjenta przerosła nasze najśmielsze oczekiwania” – opowiada pan Karol. „Kim, wy ch...je, jesteście?!” – padło z ust pijanego mężczyzny. Ale na tym nie koniec, bo pacjent zaczął szarpać się z jednym z ratowników, obsypując go niewybrednymi epitetami. „W pewnym momencie szarpanina przerodziła się w rękoczyny. Zaskoczony rozwojem wypadków, popełniłem błąd, odsłaniając twarz. Już w chwilę potem krewki pacjent uderzył mnie w głowę” – kończy jastrzębski ratownik.

„Niestety, problem pijanych pacjentów to codzienność w pracy ratownika medycznego. Nie możemy zostawić takiego delikwenta na miejscu zdarzenia, do szpitala też go nie zabierzemy. Zostaje izba wytrzeźwień, ewentualnie policyjna izba zatrzymań” – wyjaśnia pan Karol. Kiedy policjanci, zaalarmowani przez zespół karetki, pojawili się przy ruchliwej drodze, było po wszystkim. Wyciągnęli mężczyznę z samochodu, założyli mu kajdanki, a zamiast do ambulansu, trafił wprost na twarde siedzenie radiowozu. „Na szczęście od kilku lat ratownikowi medycznemu przysługuje specjalna ochrona prawna. Mężczyzna, który uderzył mnie w twarz, został oskarżony o znieważenie i czynną napaść na funkcjonariusza publicznego. Niebawem odpowie za swoje czyny przed sądem. Grozi mu kara grzywny, a nawet pozbawienia wolności do roku” – podkreśla ratownik.

#REKLAMA#

Albo inna sytuacja, o której pan Karol opowiada z pewnym zażenowaniem. Boże Narodzenie, jedno z najważniejszych świąt w roku. Ktoś wzywa pogotowie. „Zgłoszenie dotyczyło kobiety, która zasłabła w czasie pasterki. Kiedy przyjechaliśmy pod kościół, okazało się, że pacjentka, około 60 lat, była nietrzeźwa. Jak zwykle, zaprosiliśmy panią do karetki, aby wykonać badania. Tym razem towarzyszyła mi koleżanka, która zadeklarowała, że zajmie się... chorą” – mówi mężczyzna. Problemy zaczęły się już w drodze do ambulansu. Kobieta domagała się, aby towarzyszyli jej członkowie rodziny, w sumie dwie dodatkowe osoby. Tymczasem przepisy regulujące działanie pogotowia ratunkowego nie przewidują takiego scenariusza. No, chyba że pacjent jest osobą niepełnoletnią. W końcu skapitulowała i wsiadła obrażona do karetki. „Po chwili usłyszałem podniesione głosy dobiegające z wnętrza samochodu. Kiedy zajrzałem do środka, zobaczyłem, że ta pani dusi moją koleżankę. Zacząłem odciągać agresora od zdezorientowanej ratowniczki. Zanim to uczyniłem, pijana kobieta kopnęła ją jeszcze kilka razy w brzuch” – wspomina mój rozmówca.

Jastrzębski ratownik, powołując się na doświadczenia kolegów po fachu, podkreśla, że alkohol nie jest jedyną przyczyną takich sytuacji. „Znajomy opowiadał mi, jak transportowali pacjenta, który prawdopodobnie zażywał dopalacze. Przez całą drogę był spokojny, prawie nieobecny, można zaryzykować stwierdzenie. W momencie, gdy próbowali przewieźć go na oddział, dostał małpiego rozumu. Uderzył ratownika w twarz, zaczął demolować wszystko, co znajdowało się w zasięgu jego rąk, zniszczył nawet aparat EKG” – relacjonuje pan Karol. Emocje udzielają się także pacjentom, a właściwie ich rodzinom, kiedy stawka jest najwyższa. W grę wchodzi życie lub śmierć chorego. „Rodzina ponagla nas, oskarża, że nie chcemy ratować ich najbliższych, odsądza od czci i wiary. Nierzadko dochodzi do sytuacji, że pacjent nie żyje od wielu godzin, mimo to padają ciężkie zarzuty pod naszym adresem. A jeden powtarza się z zadziwiającą regularnością” – ratownik zawiesza głos. „Jaki?” – pada pytanie. „Przecież ja płacę na was ciężkie pieniądze!!!” – odpowiada.  

Pan Karol nie ukrywa, że praca ratownika medycznego to ciężki kawałek chleba. On sam wybrał ten zawód z powołania, traktując ratowanie ludzi jak życiową pasję. „Człowiek nierzadko otwiera swoje serce, a potem dostaje centralnie w twarz. Nie chcę być traktowany w ten sposób! I to tylko dlatego, że ktoś miał gorszy dzień lub wypił jeden kieliszek za dużo. Każdy wyjazd karetki to walka o zdrowie lub życie pacjentów, a nie bokserski ring! Najwyższy czas, aby wszyscy zrozumieli tę prawidłowość. To naprawdę cenna wiedza!” – pada na koniec.   

Damian Maj

DODAJ KOMENTARZ

KOMENTARZE