PUBLICYSTYKA

Wiosenne porządki?

Brudy wychodzą na wierzch. Szczególnie wiosną. Jakoś trudno wtedy uwierzyć, że dba się, aby ich nie było. Przeciwnie – nasze myśli koncentrują się wokół obrazków, którym najbliżej do opisu dzikiego wysypiska. Bo niby nie jest tak źle, gdy idzie się chodnikiem. Ale wystarczy zboczyć z głównej drogi, odwiedzić pierwszy lepszy zagajnik lub jar, żeby zobaczyć na własne oczy gorszą twarz miasta. Śmieci, w wielu miejscach śmieci. I nie widać postępów na tym polu. Czy takie miejsca powinny w ogóle istnieć?

Warunkiem właściwego utrzymania porządku w mieście jest konsekwencja. No, chyba nikt nie odkrywa tutaj Ameryki. Regularne kontrolowanie wszystkich obszarów miasta – zakładając, oczywiście, różne priorytety – i skuteczna interwencja właściwych służb to fundament tak pojmowanego monitoringu. I tutaj właśnie pojawia się nieograniczone pole do popisu dla służb miejskich.

Jak przekonują przedstawiciele Straży Miejskiej, strażnicy są odpowiedzialni za nadzór nad terenem zawartym we właściwych granicach administracyjnych. Innymi słowy – przekonują adresaci tego pytania – kierownictwo służby stara się planować obecność patroli równomiernie na wszystkich osiedlach i sołectwach. Ta zasada dotyczy również obszarów zielonych, czemu służyć ma między innymi idea strażnika dzielnicowego, mającego w zadaniach stały nadzór nad podległym sobie terenem miasta.

Jakiś czas temu oburzony Czytelnik dał upust swojej irytacji, opisując to, co dzieje się w Lesie Kyndra: „Jak można dopuścić do tego nieopisanego bałaganu – i to w miejscu tak chętnie odwiedzanym przez jastrzębian?! Dlaczego odpowiedzialne służby nic nie robią w tej sprawie? Przejdźcie się choćby główną alejką w lesie! To zobaczycie! Na własne oczy!”

I kolejny wpis internauty, który doznał „szoku estetycznego”, spacerując po jednym z jastrzębskich lasów: „To musiała być 'regularna' impreza. Resztki jedzenia, nad którymi unosiły się roje much, butelki po wódce, plastikowe talerzyki i sztućce, koc, a nawet grill ogrodowy. Jednak najgorszy w tym wszystkim był kontekst – scenografię dla kilku (kilkunastu?) godzin spędzonych w miłym towarzystwie stanowił... Las Kyndra”.

Od czasu „sławetnej” imprezy minęło sporo czasu. Zapobiegliwie sprawdziliśmy, jak na tę chwilę wygląda „krajobraz po bitwie”. Niestety, śmieci nie ubyło, doszedł tylko wspomniany grill.

#REKLAMA#

Podnosząc kwestię, dlaczego miejsca położone na uboczu – w tym przypadku mowa o Lesie Kyndra – zamieniają się często w nieformalne wysypiska, przedstawiciele Straży Miejskiej odpowiadają, że... „nierzadko są to tereny administrowane przez Nadleśnictwo Rybnik, które powinno być adresatem tego pytania”. Czyli co, nikt tamtędy nie chodzi? A na wspomniane wysypiska natknęła się jakaś „zbłąkana dusza”? W końcu Jastrzębie-Zdrój to nie Nowy Jork! Zresztą, nie chodzi o żadną systematyczność. Już bardziej – efektywność działań służb miejskich. Nie może być tak, żeby od powstania nieformalnego wysypiska do zawiadomienia służb komunalnych minął przysłowiowy ruski miesiąc. W przeciwnym razie, po co nam takie patrole?

Jak słyszymy w Straży Miejskiej, Las Kyndra jest patrolowany przez dzielnicowych Arki Bożka i Bzia, jakkolwiek nie ma to charakteru planowego działania. Strażnik w każdym momencie może powiadomić centralę o znalezisku w postaci dzikiego wysypiska, ta zaś zawiadamia właściwą jednostkę organizacyjną, czyli Nadleśnictwo Rybnik.

Co na to sami leśnicy? „Przyznaję, że problem zaśmiecania lasów jest duży. Próbujemy walczyć z nim na różne sposoby, ale przy obszarze, jakim administrujemy, i zasobach kadrowych stanowi to spore wyzwanie. Coraz częściej posiłkujemy się techniką – konkretnie kamerami, które monitorują najwrażliwsze miejsca. Ale oprócz samego zaśmiecania dochodzą jeszcze rajdy na motocyklach crossowych i quadach. To też jest prawdziwa plaga” – odpowiada Paweł Dzięgielowski z Nadleśnictwa Rybnik. A po chwili dodaje zapobiegliwie: „Próbujemy rozwiązać ten problem kompleksowo. Mówię o współpracy z firmą komunalną, która dba o odbiór zebranych śmieci. Poza tym na terenie całego nadleśnictwa znajduje się kilkanaście kontenerów, gdzie składujemy odpady. Nie ukrywam, że te działania stanowią dużą część budżetu naszej jednostki organizacyjnej, Co zaś się tyczy pracy w terenie, to mamy jeszcze leśniczych, którzy regularnie patrolują podległy im teren”.

Wracając do argumentów, jakich używa Straż Miejska w Jastrzębiu-Zdroju. Jeśli nawet „strażnicy dzielnicowi” docierają wszędzie, to i tak zapewne z różnym skutkiem, a właściwie częstotliwością. Od czego to właściwie zależy? „Częstotliwość kontroli danego terenu warunkowana jest wieloma aspektami, do których zaliczyć należy niewątpliwie położenie danego terenu, gęstość jego zaludnienia, poziom urbanizacji czy też częstotliwość występowania zdarzeń wymagających reakcji właściwych podmiotów” – wyjaśniał w swoim czasie komendant Grzegorz Osóbka – „Jednocześnie to nie jest tak, że miejsca, w których pojawiamy się najrzadziej, odwiedzamy raz w miesiącu. Ale nie jest to też codziennie”. Komendant zapewniał także, że patrole nie ograniczają się wyłącznie do „lustrowania” chodników, ale obejmują także wszystkie jary, przysiółki i inne mniej uczęszczane miejsca.

I wreszcie kwestia egzekwowania przez Straż Miejską przepisów prawa. Tu okazuje się, że strażnicy mają obowiązek poinformowania właściciela danego terenu, dajmy na to Nadleśnictwa Rybnik, o zlokalizowaniu dzikich wysypisk. Jednak, jak podkreślają, z leśnikami nigdy nie było większych kłopotów.

Skoro patrole pojawiają się w najrzadziej uczęszczanych miejscach – bądźmy wyrozumiali – przynajmniej raz w miesiącu? Skoro ich aktywność nie kończy się na chodnikach i alei Piłsudskiego? Skoro współpraca z nadleśnictwem układa się idealnie? Skoro miasta wypracowało mechanizmy i strażnik w każdej chwili może powiadomić o znalezisku w postaci dzikiego wysypiska? Skoro jest tak idealnie, to skąd te kolejne miejsca, w których można natknąć się na górę śmieci?


 

Damian Maj

DODAJ KOMENTARZ

KOMENTARZE