PUBLICYSTYKA

Wspomnienie o "Królu Węgla"

W nocy z poniedziałku na wtorek w żorskim hospicjum zmarł Władysław Kwiecień. Był jedną z tych osób, o których mówi się, że całe życie "byli w sporcie". W przypadku pana Władysława nie było to przesadą - od 1968 roku, kiedy przyjechał do Jastrzębia-Zdroju do pracy, działał w naszym środowisku tenisa stołowego. Stał za wszystkimi sukcesami jastrzębskiego ping ponga. Był prawdziwym człowiekiem-instytucją, którego śmierć dotknęła bardzo wielu osób. Wraz z Jego odejściem kończy się pewna epoka.

Dlatego postanowiliśmy przypomnieć wywiad-rzekę z Władysławem Kwietniem, który opublikowaliśmy przed rokiem na naszych łamach sportowych, a który spotkał się z bardzo pozytywnym odzewem z Waszej strony. Wtedy jednak zapoznali się z nim przede wszystkim kibice. Na pewno jednak warto, aby o "Królu Węgla" pamiętali także ci, którzy na co dzień ze sportem nie mają wiele wspólnego. To losy nie tylko działacza sportowego, ale też jednego z setek tysięcy Polaków, którego wichry Historii rzuciły do Jastrzębia-Zdroju. Poniższy wywiad publikujemy w niezmienionej formie, wraz ze wstępem, stanowiącym spójną całość z rozmową z panem Władysławem. Zapewne jeszcze nie raz będziemy wspominać tę wielką postać jastrzębskiego sportu...

----------------------------------------------------------------------------

Czysta metafizyka. Wehikuł czasu. Wyprawa w epokę, w której Jastrzębie-Zdrój nie było miastem skazanym na wymarcie, a projektem ćwierćmilionowej metropolii...

Tego doświadcza człowiek, który jakimś cudem trafi do niewielkiego gabinetu w Omedze, wciśniętego między wejście na halę i siłownię. Na ścianach, dosłownie wytapetowanych proporczykami z całego świata, obok symboli dawnego wielosekcyjnego GKS Jastrzębie wiszą te z Jugosławii, Czechosłowacji, Korei Północnej. Muzeum? Nie. To siedziba Jastrzębskiego Klubu Tenisa Stołowego, którego prezesem honorowym jest Władysław Kwiecień - człowiek związany z jastrzębskim sportem od prawie pięćdziesięciu lat. Świadek Historii przez duże "H".

W naszym mieście jest sporo Zapomnianych. Ludzi, którzy kilkadziesiąt lat temu byli powszechnie znani i podziwiani, a dziś mogą liczyć co najwyżej na pozdrowienia od swoich równie schorowanych i coraz rzadziej widywanych rówieśników. Młode pokolenie, dla którego nawet PRL to już mocno zamierzchłe dzieje, nie rozpoznaje w nich osób, które tworzyły Historię. Stało się to przykrym udziałem wielu dawnych sportowców, trenerów i działaczy, których mijamy w marketach i na stadionach, w kościołach i na cmentarzach, często nawet nie zdając sobie z tego sprawy.

Prosimy o wybaczenie tego nieco pretensjonalnego wstępu. Jednak naprawdę trudno go uniknąć, kiedy piszemy o takiej postaci, jak nasz rozmówca. Władysław Kwiecień, który od niemal pół wieku jest aktywnym działaczem sportowym (co czyni go ewenementem na skalę co najmniej krajową) opowiedział nam o pięknej historii jednej z najpotężniejszych swego czasu sekcji GKS Jastrzębie, jaką był w latach siedemdziesiątych i osiemdziesiątych tenis stołowy. Nie zabrakło wspomnień o momentach historycznych, jak i smakowitych anegdot. O nieżyjącym już legendarnym Andrzeju Grubbie słyszał chyba każdy - a przecież on kiedyś w Jastrzębiu przegrywał!

Zachęcamy do lektury tego niezwykłego wywiadu - naprawdę WARTO!

- Urodził się pan w 1940 roku…

Władysław Kwiecień - Bóg jeden wie, kiedy naprawdę się urodziłem. Była wojna. Kiedyś pytałem o to mojej chrzestnej. Stwierdziła, że przyszedłem na świat, gdy cieliła się Krasula. I to wszystko. Pochodzę z Chaszczyna koło Baranowicz na Kresach. Dziś to Białoruś. Z rodzicami, Janem i Franciszką z Tatarynowiczów, było nas dziewięcioro w domu. Na szczęście wszyscy przeżyliśmy wojnę i w 1946 roku, po tym, jak spłonęła nasza kryta słomą chałupa, ruszyliśmy wraz z drugą falą repatriantów na Ziemie Odzyskane. Miałem kilka lat, ale pamiętam, że miesiącami jechaliśmy bydlęcymi wagonami. Jak Kargule.

- Dokąd przybyliście?

- Punktem zbornym była Nowa Sól. Jako mieszkanie dostaliśmy klitkę bez okien. Wkrótce jedna ze starszych sióstr wyjechała do Wałbrzycha i potem zabrała mnie do siebie. W latach pięćdziesiątych to było naprawdę cudowne miasto…

- Wałbrzych?!

- A tak! Piękne czasy. To był wspaniały tygiel narodowościowy: Polacy z różnych stron kraju, Francuzi, Grecy, Niemcy, Żydzi… Dom kultury, dwa teatry, dwanaście kin, wszędzie świetlice i wszystko to dostępne dla młodych ludzi. Nie było takich podziałów na biednych i bogatych czy rządzonych i rządzących, jak dziś. Kiedyś w ratuszu zagrałem z jakimś facetem w pingponga i potem okazało się, że to był naczelnik miasta. Szanowano tę młodzież, a i ta młodzież była inna niż współczesna. Ulica nas wychowywała, ale jednocześnie karała. Gdybyś w tramwaju nie ustąpił miejsca starszemu czy kobiecie w ciąży, to dostałbyś w gębę.

- Jak pan trafił do sportu?

- W Wałbrzychu nie dało się nie trafić do sportu. Na ulicy grało się w zośkę, cymbergaja, piłkę nożną… Samochodów było niewiele, więc można było kopać na ulicy. Graliśmy też na hałdach, choć na nich często jeszcze żarzył się żużel. Nie była to jednak "zdrowa" okolica. Truły nas cztery koksownie, ale nikt wtedy nie zwracał na to uwagi. Jako młody człowiek byłem piłkarzem A-klasowej Koksochemii Wałbrzych. Natomiast zimą trenowałem w Thorezie, czyli późniejszym Zagłębiu, bo tam były lepsze warunki do uprawiania sportu. Klub dysponował boiskiem żużlowym. Niestety, jako piłkarz nie dotrwałem do wieku seniora. Gdy miałem 16 lat przydarzyła mi się paskudna kontuzja ręki. Półtora roku w gipsie! Siłą rzeczy przytyłem i z futbolem można było się pożegnać. Aby rozruszać rękę zacząłem treningi tenisa stołowego w Unii Wałbrzych. I w ten sposób trafiłem do zespołu ligowego. A potem przyszła proza życia. Żona, rodzina, praca...

- Gdzie pan pracował?

- Byłem górnikiem na KWK Chrobry. Zapieprzałem na ścianie i jedno muszę powiedzieć - w porównaniu z Wałbrzychem jastrzębskie kopalnie to sanatorium! Tu jest luksus na dole. A tam stempel przy stemplu i niemal stuprocentowa pylica. Dramatyczne warunki.

- Dlatego zamienił pan Wałbrzych na Jastrzębie?

- Nie. O jastrzębskich kopalniach nie miałem prawa wówczas czegokolwiek wiedzieć. Nawet nie miałem pojęcia, że takie miasto istnieje! Niestety, w tym czasie syn mi się pochorował na astmę. Lekarz zalecił zmianę klimatu. Brałem pod uwagę Lubin, ale przypadek sprawił, że kiedy przyszedłem na szychtę, to akurat werbowali do Jastrzębia. Pod kopalnią stały dwa autobusy. Pytam - gdzie to Jastrzębie? Mówią mi, że koło Wodzisławia i Rybnika. Kojarzyłem te tereny, bo w naszej grupie ligowej graliśmy z rybnickim ROW-em. Poinformowano mnie, że jeśli chcę jechać na Górny Śląsk, to muszę sporządzić podanie do swojego kierownika na KWK Chrobry. Jeżeli ten je podpisze, to mogę ruszać w nieznane. Z gotowym pismem poszedłem do kierownika i mówię, że chcę wyjechać, bo mi dziecko choruje. A ten do mnie: "Władek... Do Jastrzębia? Tam same lebry jadą. My tam wyrzucamy". Ostatecznie jednak jakoś załatwiłem sobie zgodę na wyjazd, który był następnego dnia w południe. A przy autobusie dantejskie sceny! Ludzie żegnali się ze sobą, jakby na śmierć do tego Jastrzębia jechali. I chyba niewiele się pomylili… Dojeżdżamy - mówią, że jesteśmy prawie na miejscu, a ja nie widzę tego miasta! Jastrzębie Dolne, Jastrzębie Górne. Matko Boska, gdzie ja jestem (śmiech). Jedyny budynek to jakaś szopa, którą dumnie nazwano kinem. Ostatecznie trafiliśmy na Pniówek, gdzie wojsko odstąpiło dwa bloki dla werbusów. Byłem zdruzgotany…

- A jednak został pan w Jastrzębiu. Który to był rok?

- Maj 1968 roku. Pamiętam, że wszystko kwitło. Gdy przybyłem na miejsce, nie wszedłem nawet do tych dwóch bloków. Od razu poszedłem na przystanek i chciałem złapać autobus do Katowic, żeby wracać do domu. Jednak transport miał być dopiero za trzy godziny. Los chciał, że akurat przez pola szedł mój kolega z Wałbrzycha, którego nazwiska dziś już nie pamiętam. Wyjaśniłem mu sytuację, a on do mnie: "Władziu, chodź, wypijemy po ćwiartce i pogadamy. Nałapałem rybek...". No i posiedzieliśmy, aż te rybki mu się skończyły (śmiech). Następnego dnia pojechałem do Zdroju… szukać miasta. Patrzę - jedna ulica. Po jednej stronie milicja, po drugiej - knajpa. Tylko dyliżansu brakuje, western jak cholera! Szwendałem się po Parku Zdrojowym i zastanawiałem nad swoim życiem. Do tego uciekł mi autobus powrotny i do Pawłowic musiałem iść pieszo, więc czasu do namysłu miałem jeszcze więcej. I tak zleciało kilka dni, po których ostatecznie podjąłem decyzję, że jednak zostanę w tym Jastrzębiu...

- Czyli mieszkał pan na Pniówku, a pracował na KWK Jastrzębie?

- Tak, a szatnie mieliśmy na Zofiówce! To było piekło! Wozili nas jak kartofle. Na szczęście w naszym "wulcoku" był stół do pingponga. Zagrałem z kierownikiem hotelu i złoiłem mu tyłek, po czym on zaproponował, żebym organizował ludziom turnieje. Odparłem, że nie ma problemu, ale chcę tu ściągnąć żonę z dzieckiem, więc przydałby mi się większy pokój. Załatwił mi lokum, sprowadziłem rodzinę i tak zaczęła się moja jastrzębska przygoda ze sportem. A niedługo potem dostałem mieszkanie przy ul. Kurpiowskiej. W ten sposób zakotwiczyłem w Jastrzębiu-Zdroju. Znalazłem tu swój kąt.

- Od dzikich turniejów do powstałej w 1970 roku sekcji tenisa stołowego GKS Jastrzębie mamy dwa lata. Co się wtedy działo?

- Turnieje organizowaliśmy w piwnicy bloku na Pniówku. Jednocześnie ja dostałem propozycję gry w Kolejarzu Żory. Wywalczyliśmy mistrzostwo klasy A, ale baraże o III ligę przegraliśmy z Dębem Katowice. Potem działałem, trenowałem i grałem już tylko w Jastrzębiu, gdzie wcześniej za rozwój dyscypliny w ramach powstałego w 1968 roku Koła Zakładowego TKKF przy KWK Zofiówka odpowiadał wspaniały człowiek - Stanisław Tront. Do tej drużyny ściągnąłem z Unii Wałbrzych Janusza Kosmalę i Teresę Pietrzak. Zaczęliśmy od klasy B, ale wkrótce awansowaliśmy do klasy A i w lipcu 1970 roku zostaliśmy przyłączeni do GKS Jastrzębie jako sekcja tenisa stołowego. Od razu zrobiliśmy fuzję z trzecioligowymi rezerwami ROW-u Rybnik, żeby przyspieszyć rozwój klubu. Jednak działacze okręgowi z Katowic zastrzegli, że połączyć się wprawdzie możemy, ale o awansie do II ligi musimy zapomnieć. Wstępnie się zgodziłem, bo co miałem robić?

- Zatem szybko pojawił się kłopot z sukcesem...

- Tak, ponieważ już w 1971 roku wygraliśmy tę III ligę! Wtedy pomógł nam Witold Kawczyk, który zbudował potęgę siemianowickiego tenisa stołowego i wiedział, że Jastrzębie ma potencjał na naprawdę mocny ośrodek pingponga. Z duszą na ramieniu pojechałem do Warszawy i przedstawiłem sytuację w centrali Polskiego Związku Tenisa Stołowego. Mówię, że Jastrzębie dynamicznie się rozwija, ludzie garną się do sportu i taki hamulec będzie na szkodę całego środowiska. A przecież "Rybnickie" to było pingpongowe zagłębie. Tu było ponad sto klubów! W Warszawie rządził jako sekretarz taki staruszek, który mnie wysłuchał i jakoś udało mi się przekonać ich wszystkich, że trzeba Jastrzębiu dać szansę. W rezultacie pozwolono nam zagrać w barażach o II ligę ze Startem Kędzierzyn-Koźle. Na wyjeździe wygraliśmy 7:4, a w Jastrzębiu ich dobiliśmy. Wtedy nasze barwy reprezentowali już Andrzej Gebauer, Bronisław Gowin, Janusz Kosmala, a potem dołączyli Roman Sitek, Bernard Oślizło, oraz nasza wspaniała Helena Cyran, dziś Jabłońska. Ten skład w sezonie 1974/1975 uzyskał historyczny awans do I ligi jako pierwsza sekcja w historii GKS Jastrzębie! Dopiero po nas do elity awansowali bokserzy, piłkarze, siatkarze i hokeiści.

- Cały ten czas normalnie pracował pan jako górnik?

- Dopiero na początku lat siedemdziesiątych przenieśli mnie na KWK Manifest Lipcowy "do sportu". A żeby było zabawniej, to właśnie w tamtym czasie spotkałem na przystanku na "Trójce" Ryszarda Leszczyńskiego, z którym wcześniej pracowałem na jednej ścianie. On też zmieniał klimat.

- Chodzi o prezesa Banku Spółdzielczego?

- Tak, oczywiście. Ja mu mówię, że idę "do sportu" na Zofiówkę, a Rysiek do mnie, że wyjeżdża na pięcioletnie szkolenie do… Moskwy! Pożegnaliśmy się dobrym słowem.

- Gdzie graliście? Hala Widowiskowo-Sportowa została otwarta w 1971 roku, ale...

- Ale to nie z nią wiążą się najlepsze lata jastrzębskiego tenisa stołowego. W 1970 roku dyrektor Włodzimierz Ostaszewski, kolejny wspaniały człowiek, zaproponował, żebyśmy podejmowali rywali na cechowni KWK Jastrzębie. Długo to jednak nie trwało, bo ludzie szli z szychty i szemrali pod nosem, że "lebry sobie grają zamiast robić", choć ja jeszcze wtedy normalnie pracowałem na dole, a wszyscy trenowaliśmy poza godzinami pracy. W efekcie przenieśliśmy się na KWK Manifest Lipcowy, gdzie graliśmy w sali konferencyjnej nr 33. Tam też było ciężko, bo przed i po zebraniach trzeba było na przemian składać i rozkładać te setki krzeseł i nasze stoły do gry. W końcu trafiliśmy do Szkoły Podstawowej nr 5. Potem graliśmy też w Szkołach Podstawowych nr 6, nr 7 i nr 10. Natomiast wspomniany wcześniej rewanż z Kędzierzynem o awans do II ligi rzeczywiście rozegraliśmy w Hali Widowiskowo-Sportowej, pod trybunami. Na parkiecie nie można było…

- Czemu nie?

- Bo dyrektor Głąb z KWK Jastrzębie grał na dużej hali w tenisa i to było ważniejsze niż jakieś tam baraże (śmiech). Ale pod trybunami mieliśmy dość miejsca. Nie pozostaliśmy tam jednak na stałe, bo pierwszym problemem było słabe oświetlenie, a drugim - bokserzy, którzy bezmyślnie skakali nam po stołach. Ostatecznie zagrzaliśmy miejsce w dzisiejszym Zespole Szkół nr 6 im. Sobieskiego, a wtedy Zespole Szkół Górniczych przy KWK Manifest Lipcowy. Graliśmy na auli i tu podejmowaliśmy m.in. AZS Gdańsk z Leszkiem Kucharskim i Andrzejem Grubbą, z którymi to w deblu wygrywała nasza para Roman Sitek - Bernard Oślizło.

- Szkoła nie robiła problemów?

- Ależ skąd. Dyrektor Marian Bywalec był nam bardzo przychylny. Poszliśmy kiedyś do niego i mówimy mu, że wyremontujemy parkiet i okna na tej auli, ale chcemy w niej grać i trenować. Zgodził się. Wykonaliśmy swoją część roboty, choć nie będę ukrywał, że i tu mieliśmy kłopot ze słabym oświetleniem, ale i tę kwestię udało się jakoś załatwić za przysłowiowe pół litra (śmiech). Generator stał pod oknem, a jak włączyłem lampę o mocy 2000 wat, to mógłbyś na tej sali igłę znaleźć! Ustawiliśmy tam cztery stoły. Kibice też się zmieścili. Do czasu otwarcia Hali Omega właśnie w Zespole Szkół Górniczych był nasz dom.

- Kto wymyślił panu tytuł "Króla Węgla"?

- Szczerze mówiąc... nie mam pojęcia. Jednak nie przywiązywałbym do tego wielkiej wagi. Tak się po prostu mówiło na różnych turniejach. W Jastrzębiu był "Król Węgla", w Lubinie - "Król Miedzi". I tak dalej…

- Skąd w Jastrzębiu wziął się Andrzej Baranowski, pierwszy jastrzębski mistrz Polski?

- To był znakomity sportowiec, wielokrotny mistrz kraju w deblu i mikście. Pochodził z Warszawy, a do nas trafił z Siarki Tarnobrzeg. Planował wyjazd do Austrii, ale nie miał paszportu. Obiecałem, że spróbuję mu pomóc w załatwieniu tego dokumentu. W zamian chciałem, żeby występował u nas jeden czy dwa sezony. Baranowski był prekursorem. Grał i jednocześnie szkolił innych zawodników. No i w 1978 roku wywalczył indywidualne mistrzostwo Polski.

- Pokonując samego Andrzeja Grubbę w finale w Stalowej Woli.

- To jeszcze nie był "ten" Grubba. Proszę pamiętać, że wówczas Andrzej Grubba miał zaledwie 20 lat, choć rzecz jasna wiele sobie po nim obiecywano. Niemniej - finał był dramatyczny. Baranowski prowadził już 2:0 w setach, ale Grubba wyrównał. W piątym secie nasz Andrzej wykończył go czopami z backhandu.

- Jak świętowaliście sukces?

- Pewnie nie uwierzysz, ale nie świętowaliśmy! Z kilku powodów. Po pierwsze - Baranowski nie pił. Po drugie - do Stalowej Woli pojechaliśmy… taksówką. Prowadził facet, który na co dzień pracował w cyrku i rzucał w babę siekierą (śmiech). A po trzecie - w drodze powrotnej słuchaliśmy w radiu, jak wybierają Karola Wojtyłę na papieża. Naprawdę, niesamowity dzień!

- W latach 1980-1981 śladem Baranowskiego poszła Weronika Sikora.

- To była piękna dziewczyna. Mnóstwo chłopów się w niej kochało (śmiech). Bardzo zdolna zawodniczka, ale, co muszę ze smutkiem przyznać, po sportowemu - niewykorzystany talent. To taka dość często spotykana mieszanka. Sikora trafiła do nas z ROW-u Rybnik, gdzie miejscowi działacze nie potrafili jej załatwić partnerki do gry na odpowiednim poziomie. Popytałem w różnych miejscach, jak można by ją ściągnąć do Jastrzębia i okazało się, że dziewczyna marzy o… pralce. Poszedłem do Jana Jadczyka, szefa całego wielosekcyjnego GKS-u i przedstawiam mu sytuację. Jadczyk wyraził zgodę i w ten sposób Sikora zagrała w Jastrzębiu.

- Czyli dwa mistrzostwa Polski za pralkę?

- Takie to były czasy! Myślę, że Weronika mogła zrobić naprawdę wielką karierę. Zabrakło jej jednak takiego prawdziwego zacięcia do pracy.

- Niemniej w latach osiemdziesiątych to panie były głównym powodem do radości.

- Trudno temu zaprzeczyć. W latach 1984-1987, rok po roku, zdobywaliśmy drużynowe mistrzostwa Polski kobiet. Trzeba pamiętać, że jeszcze w latach siedemdziesiątych tenis stołowy był dyscypliną, w której zespół wspólnie tworzyli mężczyźni i kobiety. Dopiero później zostało to rozdzielone, w efekcie czego nasza (zwykle bardzo silna) sekcja pań potrafiła zdominować krajowe rozgrywki. Wtedy między innymi do Jastrzębia trafiła Dorota Paluch, która do dziś gra w naszym klubie, a także Stanisława Łastówka. Dorotka, a także Alinka Zborowska i Helenka Jabłońska - to są nasze złote dziewczyny, które wywalczyły dla Jastrzębia już ponad sto sześćdziesiąt medali! Nie mam dla nich słów podziwu. Teraz takie cudeńka się nie rodzą…

- Lata osiemdziesiąte to ten najpiękniejszy czas dla "Króla Węgla"?

- Zdecydowanie tak. Zdobywaliśmy medale mistrzostw Polski w rywalizacji kobiet i mężczyzn. Występowaliśmy w europejskich pucharach, gdzie dochodziliśmy nawet do ćwierćfinałów, jak w 1987 roku, kiedy to w walce o czwórkę Pucharu Mistrzyń przegraliśmy z późniejszą najlepszą ekipą Europy, holenderskim TTV Avanti. A trzeba pamiętać, że w zmaganiach pań rządziły wtedy Węgierki, z którymi także podejmowaliśmy walkę. Naprawdę, to były niesamowite wyniki i aż w sercu ściska, że obecnie to wszystko jest tak bardzo zapomniane. Jastrzębie było wtedy stolicą polskiego pingponga! Organizowaliśmy turnieje rangi międzynarodowej, gdzie w Hali Widowiskowo-Sportowej gościliśmy reprezentantów czterdziestu państw! Te wszystkie superligi, otwarte mistrzostwa Polski - każdy szanujący się tenisista chciał przyjechać do naszego miasta na zawody! Dla młodszych to nie do pomyślenia, ale wielkim magnesem były chociażby nagrody, jakimi były kolorowe telewizory. Z tych wszystkich imprez ostał się jedynie turniej o Puchar Prezydenta Jastrzębia-Zdroju, który dziś istnieje pod szyldem JKTS Open. W 2016 roku zorganizowaliśmy jego 44. edycję.

- Kogo uznałby pan za najlepszego tenisistę w historii jastrzębskiego pingponga?

- Za największą gwiazdę uważam Romana Sitka. Wspaniały człowiek. Ambitny i koleżeński. Dziś jest na rencie z powodu kłopotów z biodrami. Mieszka w Skrzyszowie. Jednak przez nasz klub przewinęło się naprawdę sporo ludzi, którzy zrobili kariery nie tylko w sporcie. Jeden jest chirurgiem w Austrii, a drugi został biskupem! No i mamy posła - Grzegorza Matusiaka, który wraz z bratem Andrzejem trenował u nas w latach siedemdziesiątych, gdy graliśmy jeszcze w Szkole Podstawowej nr 5.

- Przełom lat osiemdziesiątych i dziewięćdziesiątych zakończył tamte piękne czasy.

- Istotnie, padliśmy ofiarą transformacji systemowej, jak wiele innych polskich klubów. Początek lat dziewięćdziesiątych to był całkowity cyrk! Chciano z Hali Omega zrobić salon samochodowy. W klubie czterysta dzieci, trenerzy ze Związku Radzieckiego, a tu przychodzą jacyś dziwni ludzie i chcą likwidować obiekt. Ostatecznie dzięki rodzicom naszych podopiecznych, którzy po demonstracji rozwalili biuro jednemu takiemu, udało się Omegę obronić. Ale to było jak spadek z nieba do piekła. Dopiero co byliśmy mistrzami Polski, a zaraz potem o mały włos nie zostaliśmy bez dachu nad głową.

- Mówi pan, że z nieba do piekła, a przecież komornik nachodził pana nawet za komuny.

- No tak, rzeczywiście raz przyszedł do mnie komornik (śmiech). Istniał wówczas taki przepis, że zawodnik grający w danym klubie musi być zameldowany w województwie, w którym ten klub działa. Więc kto tylko u nas występował, otrzymywał meldunek… u mnie! Rezultatem były przezabawne sytuacje. Raz gramy we Wrocławiu i kobieta w recepcji żąda od wszystkich zawodników podania adresu zamieszkania. No to idą po kolei i mówią "Zielona 27/15". W końcu baba się wkurzyła i mówi: "To wy w tym Jastrzębiu innych ulic nie macie?" (śmiech). A komornik wpadł do mnie, bo jeden z zawodników jeździł na gapę i narobił długów. Akurat byłem chory. Leżę obolały. Nagle ktoś puka. Otwieram, a tu facet bez słowa włazi i zabiera telewizor! Początkowo zbaraniałem, ale potem pytam, czego chce i do kogo przyszedł. Odpowiada, że do takiego a takiego. A ja mu mówię: "Wypieprzaj mi stąd i zobacz, co jest napisane na drzwiach! Kwiecień! Trzeba było spytać, a nie lecieć po Grundiga". Teraz to brzmi jak anegdota, ale wtedy nie było mi wesoło.

- Jakim cudem ten cały sport się panu nie znudził?

- Zawsze mówiłem, że jeśli człowiek kocha to, co robi, to bez zegarka będzie przychodził do pracy i trzeba go będzie do domu siłą wyganiać. Nie ma co owijać w bawełnę - kleimy z Romanem Fajkusem ten klub, jak się tylko da. Staramy się utrzymać to nasze środowisko tenisa stołowego na jako takim poziomie. Nikt ci za darmo nic nie da. Ale warto - choćby dla tych dzieciaków.

- Nie jest tajemnicą, że nie cieszy się pan dobrym zdrowiem…

- Mam 76 lat. W końcu kiedyś muszę zacząć chorować. Mam raka jelita. Raz jest lepiej, raz gorzej, ale nie przejmuję się tym. Swoje przeżyłem. Mam piękne wspomnienia. Niczego nie żałuję. W życiu miałem szczęście spotkać wspaniałych działaczy: Bohdana Borowego, Jana Jadczyka, Karola Grzywę, Włodzimierza Ostaszewskiego, Ryszarda Wardasa, Zygmunta Pławeckiego, Henryka Buchtę, Bogusława Spandela, Mariana Jarosza czy Janusza Chmiela. Wielu z nich już nie żyje. Jednakże bez nich nie byłoby "Króla Węgla".

Fot. z archiwum Władysława Kwietnia

Wywiad został przeprowadzony w listopadzie 2016 roku.

 

rozm. mg

DODAJ KOMENTARZ

KOMENTARZE