PUBLICYSTYKA

"Zasłużyliśmy na ten brąz"

Fot. Magdalena Kowolik
 
Powoli opadają emocje związane z zakończonym w sobotę sezonem PlusLigi, w którym siatkarze Jastrzębskiego Węgla wywalczyli brązowy medal. Jakub Popiwczak, jeden z ulubieńców naszych kibiców i człowiek, który jest w klubie od ponad siedmiu lat, był jednym z naszych rozmówców przed meczami ze Skrą Bełchatów. Deklarował wówczas, że Jastrzębski "potrafi grać ze Skrą" i... rzeczywiście tak się stało. Wprawdzie półfinałowa porażka z Onico Warszawa zmąciła nasze nastroje, ale na finiszu ekipa trenera Roberto Santilliego pokonała Wartę Zawiercie i tym samym po raz ósmy w historii ligowy brąz zawitał do Jastrzębia-Zdroju. Tuż po trzecim zwycięskim meczu z Wartą zapytaliśmy naszego libero o posezonowe odczucia.
 
- Brązowy medal z 2019 roku świętujemy nieco spokojniej, niż ten przed dwoma laty. Wtedy to było szaleństwo.
Jakub Popiwczak - Istotnie, trzeba to przyznać. Nie można ukrywać, że obecnie nie ma aż takiej euforii jak w 2017 roku, co rzecz jasna wynika z faktu, iż wówczas jeszcze przed sezonem byliśmy stawiani na zupełnie innej pozycji. Spoglądając jednak na to wszystko z perspektywy całych zakończonych rozgrywek, czyli tego jak graliśmy i ile było zmian oraz zawirowań, to uważam, że ten brąz jest dobrym wynikiem. Mimo wszystko każdy z nas stawiał sobie podium jako cel. Mamy medal, choć z "najsłabszego" kruszcu. Oczywiście mogło być lepiej, ale niestety nie udało się. To kolejny brązowy medal do mojej kolekcji. Trzeba wierzyć, że w następnych latach będzie lepiej.
 
- Zawsze to awans do Ligi Mistrzów.
- Występy w Lidze Mistrzów to ogromna nobilitacja dla każdego sportowca, więc możliwość pojawienia się w tych rozgrywkach to bez wątpienia spełnienie marzeń. Nie ukrywam jednak, że chciałbym wreszcie w życiu coś wygrać, bo ile razy można być tym trzecim.
 
- Myślicie jeszcze o Onico Warszawa, czy wymazaliście z pamięci te półfinały? Mówiłeś po porażce w Wielki Piątek, że byliście pewni załatwienia sprawy awansu u siebie...
- Powiem szczerze, że po trzecim spotkaniu w stolicy wyłączyłem się z mediów społecznościowych na kilka dni. Nie mogłem już patrzeć na to, że wszędzie tylko "Onico i ZAKSA", "ZAKSA i Onico"... Miałem bowiem świadomość, że byliśmy tuż obok tego finału. Mecze o złoto były na wyciągnięcie ręki i trzeba było... po prostu to zrobić. Sądzę, że porażka z Warszawą w pewien sposób wpłynęła na naszą postawę w pierwszym starciu o brąz z Wartą Zawiercie. Każdy z nas myślał jeszcze o tym, co działo się parę dni wcześniej. Jednak trener Roberto Santilli starał się nas z tego wyleczyć. Podkreślał, że to nie jest moment na płacz. Trzeba po prostu grać dalej i zrobić swoje. Myślę, że akurat w meczach o brąz udało się nam to bardzo dobrze, choć każdy widział, że nie było łatwo. Warta postawiła nam bardzo ciężkie warunki.
 
- Dwa pierwsze mecze po trzy godziny to była makabra.
- Dlatego tym bardziej cieszę się, że udało nam się wygrać. Zapracowaliśmy na ten brąz i tym samym zasłużyliśmy na niego.
 
- Który z meczów z Zawierciem uznasz za najcięższy?
- Myślę, że drugi z nich, który został rozegrany na wyjeździe. Choć tak szczerze mówiąc, ten pierwszy u siebie też był bardzo trudny, ale bardziej pod kątem mentalnym. Nie było łatwo podnieść się po porażkach z Onico. Przecież w Warszawie przegraliśmy raptem trzy dni wcześniej. Mieliśmy bardzo krótką przerwę na regenerację i nie mam tu na myśli "fizyczności", ale właśnie stronę mentalną. Krążyliśmy wspomnieniami wokół finału, a musieliśmy jeszcze zagrać o brąz... Pod tym kątem pierwsze spotkanie było bardzo trudne. Natomiast drugi mecz w Zawierciu wszyscy pewnie widzieli. Kto miał okazję zawitać na obiekt Warty, ten wie, z czym to się wiąże. Życzę każdemu kibicowi, aby mógł tam obejrzeć mecz, ponieważ atmosfera na zawierciańskim obiekcie jest niepowtarzalna. Między innymi dlatego mało kto wygrywa z Wartą na jej terenie. Tym większa radość wiąże się z tym zwycięstwem. Wytrzymaliśmy ciśnienie i to również pokazuje naszą siłę.
 
- To, co wyprawiałeś w obronie w meczu w Zawierciu to było jakieś szaleństwo. Kierowałeś się impulsem czy to efekt analizy poprzednich meczów Warty? 
- Dziękuję za dobre słowo. W życiu libero już tak jest, że ta piłka czasem przylatuje do ciebie i  wtedy jesteś bohaterem, a wszyscy o tobie mówią (śmiech). Bywa jednak i tak, że piłka odbija się w drugą stronę i wówczas komentarze są inne. Gra na pozycji libero nie jest łatwa. Nie mogę wyjść w górę, atakować i zagrywać. Mam drugorzędne zadania, które... no, może nie są nieważne, ale na pewno nie można nazwać ich widowiskowymi. Dlatego tym bardziej cieszę się, jeśli mogę dołożyć coś ekstra do mojej gry.
 
- W play-offach zobaczyliśmy Dawida Konarskiego w takiej dyspozycji, w jakiej życzylibyśmy go sobie oglądać zawsze.
- Tak, Dawid zagrał naprawdę super. Szczególnie w pierwszym meczu z Wartą zaniósł nas do zwycięstwa... na swoich barkach. 
 
- Sezon zakończony, więc ciśnienie związane z rozgrywkami "ligi mistrzów świata" powoli będzie "schodzić". Jakie plany na świętowanie brązu?
 - Na pewno w jakiś sposób uczcimy zakończenie sezonu, ale nie mamy sprecyzowanych planów. To jest taki fajny czas, kiedy możemy pokusić się o spokojne podsumowanie i pożegnać się przed przerwą między sezonami. W jeden wieczór można na spokojnie usiąść i porozmawiać o trudach, które już za nami. 
 
- Dla przyjaciół Jakub Popiwczak to "Piwo". Świętowanie będzie zatem przy piwie? Czy raczej przy czymś mocniejszym?
- Bierzemy pod uwagę różne opcje (śmiech). Dla mnie jednak najbliższe tygodnie nie będą wiązały się z wypoczynkiem, ponieważ niebawem rozpoczyna się zgrupowanie reprezentacji Polski. Czas więc zatem na skupienie się na kolejnych celach. Być może nawet ważniejszych niż te klubowe.
 
- W końcu selekcjoner zauważył Jakuba Popiwczaka.
- Cieszę się, że zostałem dostrzeżony przez sztab szkoleniowy reprezentacji. Mam nadzieję, że moja przygoda z kadrą będzie trwała nieco dłużej. Dwa lata temu zaliczyłem pierwszy epizod z reprezentacją Polski, ale teraz mam więcej doświadczenia i uważam, że jestem lepszy niż w 2017 roku. Liczę, że coś z tego będzie. Występy w biało-czerwonych barwach to wielki honor. Nawet Roberto Santilli mówił z dumą, że to za jego kadencji zostałem "national team player", ale Mark Lebedew pół-żartem skontrował tę opinię, że przecież pierwsze moje powołanie do reprezentacji miało miejsce za jego czasów.
 
- Na koniec. Zostajesz z nami na sto procent?
- Na pewno tak. W przyszłym sezonie nadal będę występował w Jastrzębskim Węglu. A co będzie dalej? Zobaczymy!

Czytaj również: "Zrobiliśmy, co do nas należało" >>>
 

rozm. mg

DODAJ KOMENTARZ

KOMENTARZE