PUBLICYSTYKA

"Zrobiliśmy, co do nas należało"

Fot. Magdalena Kowolik
 
Jastrzębski Węgiel zakończył sezon 2018/2019 jako trzecia siła polskiej siatkówki. Choć apetyty były nieco większe, to brąz PlusLigi (ligi mistrzów świata!) oraz awans do CEV Champions League należy uznać za sukces. Trzeba przy tym przyznać, że choć siatkówka jest dyscypliną wybitnie zespołową, to w meczach ćwierćfinałowych ze Skrą Bełchatów oraz pojedynkach o brąz z Wartą Zawiercie "różnicę na parkiecie" zrobił Dawid Konarski. Po sobotnim zwycięstwie na wagę ligowego podium zapytaliśmy dwukrotnego mistrza świata o odczucia związane z zakończonymi właśnie rozgrywkami.
 
- Co wymaga lepszej kondycji - świętowanie z kibicami po sukcesie czy pięć setów w Zawierciu?
Dawid Konarski - Zdecydowanie pięć setów w Zawierciu (śmiech). Nasze główne zadanie zostało wykonane, a zatem teraz możemy cieszyć się wspólnie z kibicami, którzy wspierali nas przez cały sezon. Dlatego też z przyjemnością dzielimy się naszą radością z Klubem Kibica i wszystkimi pozostałymi fanami. Myślę, że jest co świętować. Mamy w końcu brązowy medal. Przyjemnie stoi się na parkiecie po wygranym meczu o brąz. Wprawdzie nogi trochę bolą, ale... tak to mógłbym stać codziennie.
 
- Przed sezonem prezes Adam Gorol nie ukrywał, że jego marzeniem jest finał, a zatem co najmniej srebro.
- Każdy z nas wie, jak blisko był ten finał. Niestety, nie udało się. Byliśmy gorsi od Onico Warszawa o te kilka piłek. Nie ma już co do tego wracać. Z jednej strony o tyle dobrze, że mieliśmy jednak te piłki po swojej stronie i zagraliśmy w półfinale, a nie oglądaliśmy go z boku. To jednak zawsze wartościowe dla sportowca, jeśli uczestniczy w najważniejszych wydarzeniach sezonu. Niemniej, nie ma co ukrywać, że domowe półfinałowe spotkanie z Warszawą zagraliśmy dużo słabiej. Szkoda tego meczu. Potem na wyjeździe zanotowaliśmy wprawdzie mocny "come back”, ale zabrakło kilku punktów. W efekcie zagraliśmy o brązowy medal i zrobiliśmy wszystko, aby go zdobyć po zaciętych, morderczych bojach z Zawierciem. Tak przynajmniej wyglądało to w pierwszych dwóch pojedynkach z tą ekipą. W trzecim było troszkę łatwiej, choćby biorąc pod uwagę wynik. Mamy brązowy medal i Ligę Mistrzów. Myślę, że prezes będzie z tego zadowolony.
 
- Jakub Popiwczak powiedział po drugim meczu z Onico, że był pewien zakończenia walki o finał właśnie w Wielki Piątek. Nie zgubiła was zbytnia pewność siebie po wygranej w stolicy oraz kontuzjach Bartosza Kurka i Bartosza Kwolka? 
- Ciężko mi teraz przypomnieć sobie tamten moment. Na pewno jednak zagraliśmy po prostu słabe spotkanie. Zagraliśmy jakoś... dziwnie. A czy byliśmy pewni siebie? Cóż, pewność siebie jest potrzebna po to, aby wierzyć we własne umiejętności przy wyjściu na boisko. Dokładnie tak było przecież w trzecim meczu z Wartą - również byliśmy pewni siebie, ale dołożyliśmy do tego grę w siatkówkę, czego z kolei zabrakło w Wielki Piątek. Myślę, że jest to ważne doświadczenie dla nas wszystkich. Trzeba przy tym pamiętać, że po drugim spotkaniu z Onico mieliśmy jeszcze trzeci mecz na wyjeździe. Nie wykorzystaliśmy dwóch szans, dlatego teraz zagraliśmy o brązowy medal i zrobiliśmy to, co nas należało. Na pewno szkoda, że nie powalczymy za pół godziny w finale w Kędzierzynie... Ale ja już tyle spotkań wygrałem i przegrałem, i też kiedyś byłem czwarty, że koniec końców to trzecie miejsce i awans do Ligi Mistrzów uznaję za dobry wynik. 
 
- Który z meczów z Wartą był najtrudniejszy?
- Myślę, że drugie spotkanie w Zawierciu, gdzie wszystkim zespołom gra się bardzo ciężko. Przegrywaliśmy przecież w setach 1:2, a w czwartej partii również wynik nam uciekał. Udało się jednak wrócić do gry. No i potem ten tie-break wygrany 23:21... W swojej przygodzie z siatkówką nie grałem chyba tak długiego piątego seta! Bez wątpienia to zwycięstwo dało nam "pozytywnego kopa". Mieliśmy świadomość, że za trzy dni we własnej hali możemy zamknąć rywalizację o brąz. Myślę również, iż wyciągnęliśmy odpowiednie wnioski z meczów z Onico. Klasowa drużyna powinna dysponować taką umiejętnością. W przyszłym sezonie będziemy szarpać, żeby sytuacja z tegorocznych półfinałów nie powtórzyła się i abyśmy wystąpili w wielkim finale.
 
- Leszek Dejewski mówił, że ma pan powyżej uszu stwierdzenia o "zapłonie Konara”, ale trudno było nie użyć tego znanego wyrażenia odnośnie meczów ze Skrą Bełchatów i Wartą Zawiercie.
- Leszek trochę przesadził, choć rzeczywiście za sprawą reklamy to wyrażenie jakoś tak utarło się w powszechnej świadomości. Trzeba do tego podchodzić z uśmiechem. "Konar płonie", "zapłonął", czy... "kiedyś płonął" - interpretacja dowolna (śmiech). Mam do tego duży dystans. Ale mówiąc poważnie - cieszę się, że na play-offy zarówno nasza, jak i moja forma była już równa. To było kluczowe.
 
- Nie ma co ukrywać, że długo na pana czekaliśmy.
- Cały sezon nie da się być w najwyższej formie. Mam jednak świadomość, że sam grałem "w kratkę”, ale i drużynowo zdarzało się nam tak grać. Zdobywaliśmy punkty, niemniej sam styl pozostawiał czasem dużo do życzenia. Z drugiej jednak strony - za styl nikt w siatkówce medali nie daje, więc można było awansować do finału nawet grając "średnio". Ale cieszę się, że akurat na play-offy byliśmy przygotowani i jako drużyna zanotowaliśmy najlepsze mecze w tym sezonie.  
 
- Czy również z pana zeszło ciśnienie, że najlepsza forma w sezonie pojawiła się wtedy, kiedy powinna, czyli na mecze ze Skrą?
- Zawsze mam problemy z pytaniami o formę, ponieważ warunkuję swoją postawę odczuciem fizycznym. Jeśli czuję się dobrze pod kątem fizycznym i nie bolą mnie plecy czy kolana, to gra mi się dobrze. Nie ukrywam, że przywiązuję wagę właśnie do tych aspektów. Na play-offy czekałem długo. Doczekałem się, że "wpadło" na Bełchatów. Właśnie wtedy mogłem całą tę nagromadzoną energię wyrzucić z siebie w najważniejszych meczach o strefę medalową, a potem już o medale. Dałem z siebie, co mogłem i jakoś "w miarę poszło”. Cieszę się, że kończymy ten sezon happy endem.
 
- Macie już plan świętowania brązu?
- Myślę, że taki plan będzie aktualizowany na bieżąco (śmiech). Jak przystało na profesjonalnych zawodników nie myślimy o tym, co będziemy robić po wygranym meczu. Koncentrowaliśmy się tylko na trzecim spotkaniu z Zawierciem. Teraz dopiero mamy chwilę czasu, aby pomyśleć, jak to uczcić.
 
- Na koniec przydałoby się dobre słowo od Dawida Konarskiego o kibicach Jastrzębskiego Węgla.
- A powiedziałem kiedyś jakieś złe (śmiech)? Ten sukces możemy teraz wspólnie świętować z kibicami na parkiecie. Jest czas na pamiątkowe zdjęcia i radość z medalu. Klub Kibica jeździł z nami na mecze wyjazdowe i zawsze nas wspierał. Nasi kibice nigdy w nas nie zwątpili, choć przecież zdarzały nam się gorsze momenty. Bywało, że graliśmy słabiej... Ja sam grałem słabiej, ale nie słyszałem z trybun negatywnych komentarzy czy gwizdów. Kibice wspierali nas od początku do końca, a my odwdzięczyliśmy im się medalem. Mam nadzieję, że w przyszłym roku będziemy mieli kolejną okazję do wspólnego świętowania. 
 

rozm. mg

DODAJ KOMENTARZ

KOMENTARZE